Wpisy

Wpisy w bazie danych: 59

Uratowane życie

(22.06.2011) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/-tADOj4ICRpA/TftVhDWvAfI/AAAAAAAAD9Q/49w7aUxP8_w/s400/food_delivery.jpg

Czasem w sobotę po południu chciałoby się poleżeć, książkę poczytać... Mnie się czasem udaje, ale Szczepan o 15.30 szykuje się do wyjścia. Pakuje w bagażnik plastikowe pojemniki, i jedzie na łowy!

Na zapleczu supermarketu pracownicy przekazują mu jedzenie blisko lub tuż po terminie ważności.Trochę czekania, ładowanie do auta, jeszcze tylko podpisać dokumenty i w drogę! W Mamelodi jedzenie jest sortowane i rozdzielane według potrzeb. Zdecydowana większość wykarmia dzieciaki, które przychodzą codziennie do ośrodka, część rozdajemy potrzebującym w okolicy, trochę zjadają misjonarze, a co bardziej nietypowe, ekscentryczne produkty, trafiają do naszej własnej kuchni. Ostatnio udało się znaleźć kolejny supermarket, który przekazuje dary, więc dostawy docierają do Meetse 4 razy w tygodniu. To wielkie błogosławieństwo!

Niedawno misjonarze poszli zanieść trochę paczek pacjentom lokalnej przychodni. Jedna z paczek trafiła do kobiety w zaawansowanej ciąży. Jak się potem okazało, ta pani jest samotną mamą, ma już jedno dziecko, i przyszła do kliniki by przeprowadzić aborcję (szokujące, że ten zabieg jest tu ogólnie dostępny, i że możliwe jest usunięcie tak dużego dziecka). Tłumaczyła, że zmusiła ją rodzina, która nie zgadza się utrzymywać kolejnej osoby.

Kobieta przyjęła paczkę z wdzięcznością. "Dzięki tej pomocy, zrozumiałam, że Bóg się o mnie zatroszczy. Nie mogę dokonać aborcji. Uratowaliście życie mojego dziecka".


Ucz się matołku!

(22.06.2011) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/-rQI-nrmtkLI/TftOAJSRs_I/AAAAAAAAD9M/Q44l_T5fjPM/s400/wejscie+do+meetse.JPG

Phalaselo miał być złodziejem. Tak kiedyś postanowił, pamiętacie?
Zaczął nawet wprowadzać zamiary w czyn, wynosząc rowery z misyjnego ośrodka.
Mówił wtedy, że nie ma sensu się uczyć, że on jest sprytniejszy i będzie kradł.

Bóg ma inne plany.

Kevin i Phalaselo siedzą na lekcji u Szczepana. Kevin nie lubi się uczyć, ciężko mu to idzie, i wykręca się jak może. W końcu Phalaselo się zezłościł i wygłosił koledze przemowę o wartości edukacji: "Ty musisz się uczyć Kevin! Jaką będziesz miał przyszłość, jak będziesz takim leniem!!! Zobacz, to ma sens, to jest dla ciebie dobre!"

Kevin otworzył buzię ze zdumienia. Szczepan też.


Eljasz

(22.06.2011) - Dodał:Redakcja

Kiedy zajechaliśmy, wieś była naprawdę spragniona - dosłownie. Woda w kranach dawno się skończyła i mieszkańcy poświęcali dużo czasu i energii, przemierzając z napełnionymi beczkami wiele kilometrów. Znów zobaczyliśmy chaty pokryte czerwonym kurzem, alkoholizm, kult przodków. Czy te krótkoterminowe misje w ogóle mają sens?

Odwiedzamy kilka różnych wsi, spędzamy czas z mieszkańcami i młodymi misjonarzami. Jednak dużo się zmieniło, nawet na pierwszy rzut oka. Wiele podwórek to plac budowy, ludzie stawiają murowane domy, więc chyba żyje im się trochę lepiej. Zmienia się powoli rzeczywistość duchowa. Pastor Jeniffer mówi nam, że w nocy coraz rzadziej walą bębny. Nie zawsze przyczyną jest wiara w Jezusa, ale coraz mniej pociągają ludzi czary, stają się obojętni na wpływ przodków, zaklęcia tracą moc. Naszym zadaniem było opowiedzieć Boże działanie przez zdjęcia, filmy, wywiady i artykuły.

Tak usłyszeliśmy o Eliaszu. Pytamy o ludzi, którzy nawrócili się podczas naszego pobytu we wsi. Jedni mają się źle, inni dobrze. Sporo osób nadal nas pamięta. Kilka dni po naszym wyjeździe rok temu dotarła do nas informacja, że po ewangelizacji we wsi Somerset powstał kościół. To owoc współpracy wielkiego Boga i kilkoro młodych ludzi, którzy tam pracowali. Ze wszystkich zespołów oni mieli najtrudniejsze warunki, bo biwakowali na kupie gliniastego błota, nie mieli wsparcia żadnego kościoła, ani nawet drzewa, by schronić się w cieniu. Ależ to była radosna wiadomość!

Teraz, po roku, znów odwiedziliśmy to miejsce. Zobaczyliśmy to samo nieznośne błoto i prawdziwy cud - skromny budynek, postawiony przez członków młodej społeczności. Powstały rok temu kościół istnieje i ma się dobrze.

W Belfaście, innej wsi, wciąż panuje przekonanie, że wiara jest dla kobiet, a dla mężczyzn - alkohol. Tamtejszy kościół składa się z gromady dzieci i kilku kobiet w średnim wieku. Trudno cokolwiek zdziałać i cokolwiek zmienić, gdy w kościele nie ma ojców, mężów, ani braci. Ale i to się zmienia.

Eljasz ma dobrą pracę, ładny dom, i jest autorytetem dla wielu. Przyszedł do misjonarzy, bo jego dzieci uczestniczyły w zajęciach na boisku i opowiadały, czego się uczą. Miał masę pytań o Boga. Po kilku dniach dyskusji i wspólnego czytania Biblii, zapragnął zostać uczniem Jezusa. Misjonarze modlili się z nim, a Eljasz pomagał im do końca pobytu we wsi, głosząc swoją nową wiarę z wielką gorliwością. Minęło kilka dni od powrotu do Pretorii i oto kolejny radosny telefon. "Eljasza wciąż jest pełen zapału"- opowiada Pastor Jeniffer. "Pragnie przyciągnąć do kościoła więcej mężczyzn. Zaczął prowadzić studium biblijne dla młodych chłopaków".

Dziękujemy Bogu za ten przełom!


Najważniejsza historia na świecie

(04.06.2011) - Dodał:Redakcja

W środę 25 maja pokazywaliśmy w szkołach podstawowych film o Jezusie. Kilkuset uczniów siódmych klas poznawało razem z nami historię przedstawioną w Ewangeliach, opowiedzianą w języku ich serc (film oglądaliśmy w sePedi). Wspaniale było obserwować ich autentyczne reakcje - spontaniczny aplauz, gdy Jezus dokonał pierwszego cudu, okrzyki zachwytu i przerażenia, łzy smutku i szczęścia podczas Jego śmierci i zmartwychwstania. Dla większości była to pierwsza w życiu okazja wysłuchania tej najważniejszej historii na świecie.

Nietypowa lekcja zakończyła się gorliwą modlitwą. Niektóre dziewczynki nie mogły przestać płakać...Smile. Cieszy nas, że zobaczymy się już za tydzień, i będziemy mogli więcej porozmawiać o filmie. Jesteśmy też wdzięczni Bogu, że już od kilku miesięcy możemy pracować z tymi nastolatkami, dzieląc się swoimi wartościami i budując fundament zaufania. Ufamy, że historia Jezusa, Jego charakter i dzieło krzyża, pozostawią trwały ślad w ich sercach.


Zbudować dom

(24.02.2011) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/-XKDSJubQhdo/TWFe6xRYUhI/AAAAAAAAD4c/xMhicNkJu7M/s400/_IGP5477.JPG

Precious, do niedawna podopieczny centrum Meetse gdzie pracuje Szczepan, ma dwadzieścia lat. Niestety w grudniu nie zdał do 12. klasy i musiał pożegnać się ze szkołą - jest już za stary, by powtarzać rok. Tak się czasem dzieje, ale konsekwencje są poważne. Precious stracił szkolne stypendium, które było jedynym źródłem utrzymania dla niego i braci, którymi się opiekuje. Jest dla nich ojcem, matką i jedynym żywicielem.

Precious jest najstarszy z trójki rodzeństwa. Chłopaki zostali sami, po tym jak obaj rodzice zmarli na AIDS.

Precious chciałby pracować jako stolarz albo hydraulik, ale nie ma żadnych kwalifikacji. Pewien stolarz zadeklarował, że chętnie zajmie się chłopcem, nauczy go stolarki i będzie pomagał mu czytać Biblię, tak by wyrósł na pobożnego człowieka. Postawił jednak warunek - Precious musi zdać egzamin kwalifikacyjny, który pokaże, czy chłopak nadaje się do tego zawodu.

Precious przystąpił do egzaminu i czeka na wyniki. Pamiętajcie o nim w swoich modlitwach.


Warto się modlić

(24.02.2011) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/-RlFlMAnLdog/TWFSUWQWOoI/AAAAAAAAD4Y/Phj_upTZHhI/s400/_IGP5608.JPG


Paulina przychodzi smutna i zapuchnięta, więc pytam, co się dzieje. Tłumaczy, że dzień wcześniej zmarła siostra jej męża. Na co zmarła? Była "chora" - she was sick, jak wszyscy co umierają. Nikt nie wypowie otwarcie tej czteroliterowej nazwy, która wisi nad Afryką jak przekleństwo.

Dalej w ciągu dnia jest więcej łez i więcej smutku. Dowiaduję się, że na pogrzeb trzeba jechać kawał drogi, a Paulina nie ma pieniędzy. Ustalili, że nie zapłacą w tym miesiącu rachunków, i pojedzie tylko mąż. Łzy płyną ciurkiem, gdy kobieta przyznaje, że zmarła była dla niej jak siostra, ale przecież może jechać tylko jedna osoba, więc nie ona.

Myślę, wspólnie się smucimy, mówię: Mama, pomogłabym Ci, ale nie mamy teraz pieniędzy. Trzeba się modlić. Ile jest potrzebne? 600 randów (250 zł). Paulinie wpada do głowy nowa myśl, rozjaśnia jej się trochę twarz - no tak, trzeba się modlić.

Dwa dni później Paulina nieśmiało wchodzi do mojego biura, ale widać, że koniecznie musi coś powiedzieć. Jadę na pogrzeb! - cieszy się. Oboje jedziemy! Nie musimy nic płacić, jakiś sąsiad który ma samochód też jedzie na pogrzeb, też w te rejony, i weźmie nas ze sobą. Warto się modlić! Bóg sprawił cud.


Autobusowe opowieści

(09.01.2011) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TRy4Trzo-KI/AAAAAAAAD2g/PtmmfYS_V2k/s400/_IGP9470.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TRy4WHVVgtI/AAAAAAAAD2o/P9triCWX2Ok/s400/_IGP9476.JPG

Przeciętni południowoafrykańczycy w naszym odcieniu (różowi, lub jeśli ktoś woli - biali) podróżują zwykle własnym autem lub samolotem. Także od początku spodziewaliśmy się przygody, choć nie byliśmy pewni, jak się to wszystko potoczy. Kiedy przybyliśmy wcześnie rano na dworzec autobusowy, trudno było nam oderwać oczy od scenek rodzajowych, rozgrywających się na peronie... ludzie, ich rodziny i ich podróżne sprawy, pakunki, niemowlęta i pożegnania - może dekoracje nieco inne, ale atmosfera dokładnie jak z Warszawy Zachodniej.

Gdy przesiedliśmy się do innego autobusu w Johannesburgu, miejsca obok nas zajęła pani z kilkuletnią córeczką. Pani od stóp do głów w czerni, twarz cała zakryta, tylko wąska szparka na oczy, jej córka też poubierana... Szczepan szepnął mi do ucha: "ciekawe czy sobie porozmawiacie...". Zaczęliśmy się od razu modlić w duchu, bo przed nami 8 godzin drogi, wspaniała okazja, tylko trochę nieręcznie - serce się wyrywa, ale jak nawiązać kontakt?

Minął może kwadrans i pani sama zaczęła rozmowę. Dzięki Ci Boże, użyj mnie jakoś! Widziałam kątem oka, że Szczepan przestał już słuchać i włożył słuchawki w uszy. Szybko okazało się, że to bardzo religijna kobieta i wkrótce zaczęła mnie pytać o Islam, o wiarę, o Chrześcijaństwo. Zresztą, wracała właśnie ze zjazdu absolwentów szkoły koranicznej i miała wielkie pragnienie przybliżenia się do Boga. Nie spodziewałam się takiej otwartości! Poodpowiadałyśmy sobie na różne pytania, ale po pewnym czasie skończyłam teologiczną debatę - jakoś nie jestem przekonana, że Bóg przygotował to spotkanie, byśmy udowadniały sobie nawzajem swoje racje. Nie chciałam mojej nowej koleżanki nawracać na moją religię. Miałam za to nadzieję, że może spotka w tej podróży swojego Zbawiciela, może choć trochę odczuje Jego dotyk.

Rozstałyśmy się kilka godzin później (roboty drogowe dodały 2 godziny opóźnienia). Im więcej się dowiadywałyśmy o sobie, tym bardziej dziękowałam Bogu. Ta kobieta jechała autobusem pierwszy raz w życiu, pierwszy raz podróżowała bez opieki mężczyzny. Poruszałyśmy przeróżne tematy, szczególnie dużo czasu spędziłyśmy rozmawiając o przebaczeniu. Mogłam opowiedzieć, jak Jezus wtargnął w moje życie ze swoim pojednaniem i łaską. Tłumaczyłam, dlaczego przyjechaliśmy do RPA. Opowiadałam o Bożym uzdrowieniu, którego doświadczyłam. Wtedy coś pękło, Bóg wie najlepiej, ale temat uzdrowienia poruszył czułe struny i popłynęła opowieść o lękach i niepokojach... Na koniec moja nowa znajoma zgodziła się, żebym się o nią pomodliła, więc błogosławiłam ją i jej córkę w imieniu Jezusa. Pasażerowie autobusu przyglądali się z lekkim niedowiedzaniem. Wymieniłyśmy się mailami.

Szczepan mówi do mnie potem: modliłem się jak rozmawiałyście, żeby ta kobieta miała piękne sny. Żeby zobaczyła Jezusa.


Gliniane naczynia

(09.01.2011) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TRm_jqGsUvI/AAAAAAAAD2Q/_BygoQR1ro4/s1600/394316_throwing_1.jpg

Atmosfera w biurze była ostatnio dość ciężka, sam południowoafrykański OM zmaga się z poważnymi problemami (finanse i personel), a do tego co rusz docierają do nas informacje o kolejnych misjonarzach i ich kłopotach. Jakby wszyscy znaleźli się jednocześnie pod ostrzałem - zepsute twarde dyski, awarie, wypadki i kradzieże samochodów, obrabowany dom, tragiczna śmierć kolejnych członków rodziny i bliskich przyjaciół. Sporo osób jest sfrustrowanych, pojawiają się konflikty i nieporozumienia. Cieszymy się, że wciąż możemy czuć Bożą miłość i wyczekujemy fali odświeżenia i nadziei w naszym otoczeniu. Chcemy szukać Boga i chodzić w Jego łasce każdego dnia. A czasem marzymy, żeby Pan Jezus już przyszedł i zabrał nas do siebie...Smile

Nas osobiście też dotknęły te trudności - boleśnie, ale nie ponad miarę. Straciliśmy dane z kolejnego twardego dysku - dużo naszej pracy, zdjęć i video przepadło. To już drugi raz, choć dysk był dobrej jakości, kupiony ledwie kilka tygodni temu. Później przyszła wiadomość, że pewien znajomy z Polski popełnił samobójstwo. A następnie, dzień przed urlopem, mieliśmy wypadek samochodowy. Dzięki Bogu nikomu nic się nie stało! Naprawda samochodu, mimo pomocy zaprzyjaźnionego mechanika, pochłonęła sporo pieniędzy. Ostatecznie opadły nam ręce, kiedy zawieźliśmy samochód do warsztatu i Weronikę poraził płot elektryczny (na szczęście ból szybko mija...). Teraz auto jest już sprawne, a my ufamy, że przed nami spokojniejszy czas.


Przyjęcie Świąteczne dla dzieciaków

(04.01.2011) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TRm-CaYIjhI/AAAAAAAAD14/AG3OX3Tk8uk/s400/_IGP7034.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TRm-En4ezhI/AAAAAAAAD2A/baQoTcnbLqw/s400/_IGP7071.JPG

W sobotni poranek na trawniku Meetse stanęła wielka wodna zjeżdżalnia, wypożyczona przez przyjaciół naszej służby. W salce lekcyjnej stały w rządku paczki z prezentami i wiaderka ze słodyczami - na każdym imię jednego z naszych dzieci. Nasze urwisy miały przepiękne świąteczne popołudnie, wypełnione śmiechem i zabawą w wodzie, a później zajadały łapczywie kiełbaski i hot-dogi, słuchały o Jezusie, który je kocha i z onieśmieleniem wyczekiwały na prezenty. Każdy prezent był wybrany dla konkretnego dziecka, zgodnie z jego wiekiem i marzeniami - jak w prawdziwej rodzinie! Cudownie było obserwować jak radość rozpromienia kolejne twarze.

W organizacji przyjęcia pomogły nam urocze starsze panie z afrykanerskiego kościoła w Pretorii. Misternie udekorowane babeczki z różowym lukrem, znikające błyskawicznie w dziecięcych buziach, zdradzały ile miłości i pracy włożyły one w to przedsięwzięcie. Na pewno czas spędzony z dziećmi był dla nich szokiem kulturowym! W pamięci została nam komiczna scenka, gdy dystyngowana staruszka zapytała najmłodszego chłopca, jak ma na imię."Jestem Baby-maker" (dzieciorób ) - wykrzyknął maluch. Zakłopotanie i dystans rozmyły się jednak w morzu radości.


Patrząc, jak ogromnej przemiany Bóg dokonał w tych dzieciach przez ostatnie kilka miesięcy, jak bardzo zmieniły się - nawet fizycznie - możemy tylko dziękować Mu w zadziwieniu.


Kłopoty i Boża moc

(04.01.2011) - Dodał:Redakcja

4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TRm7PQ5qYEI/AAAAAAAAD1s/OZq99HIrGbA/s400/_IGP4332.JPG

N. to wesoły dziesięciolatek, troskliwie opiekujący się swoją młodszą siostrzyczką T. Wszyscy mówią o niej, że ma swój świat - a tak naprawdę, dziewczynka jest bardzo delikatna, bardzo zamknięta w sobie i trudno nawiązać z nią kontakt, jakby zawsze była nieobecna. Możemy tylko podejrzewać, że musiała ją spotkać (lub wciąż spotyka) jakaś krzywda, która tak silnie zmieniła jej osobowość. Do pewnego momentu rodzeństwo mieszkało razem w "bezpiecznym domu". Wiemy skądinąd, że ten dom wcale nie jest bezpieczny, dzieci które tam mieszkają są zaniedbane i opuszczone, a dofinansowania dla rodziców zastępczych są po prostu dobrym źródłem dochodów. Pewnego dnia N. przyszedł na popołudniowe zajęcia dotkliwie pobity, z ranami na całych plecach - okazało się, że rodzice zastępczy oskarżyli go o kradzież, pobili i wyrzucili z domu. Chłopak ze łzami w oczach przyrzekał, że nic nie ukradł. Ostatecznie zlądował u swojej biologicznej mamy, która też znajdowała się w jakiejś skomplikowanej sytuacji i nie była gotowa zamieszkać z dziećmi na stałe. Dzieciaki widywały się tylko w szkole i w Meetse, w sprawę udało się włączyć pracowników pomocy społecznej, ale tygodnie mijały, a nic się nie zmieniało. T. stawała się coraz bardziej wycofana, a N. coraz bardziej nerwowy - jego siostrzyczka została bez ochrony i opieki.
Na jednym z naszych cotygodniowych spotkań wołaliśmy do Boga, błagając o interwencję. Wkrótce przyszedł przełom - może nie ostateczne rozwiązanie, ale na pewno krok w dobrym kierunku, bo dzieci mogą przynajmniej być razem. N. wrócił do "bezpiecznego domu", znów opiekuje się siostrą. Oboje zdają się być zdecydowanie szczęśliwsi i spokojniejsi. Wiemy, że dokonał tego sam Bóg.


Wypadek

(14.11.2010) - Dodał:Redakcja

W piątek pojechaliśmy do bazy treningowej, by udokumentować na video przygotowania nowej grupy do wyjazdu na wiejską ewangelizację w Gazankulu. Byli niesamowicie podekscytowani - po wielu tygodniach nauki wreszcie mogą ruszyć w teren!

Wyjechali w kolejny czwartek o 5 rano. Tuż po 12tej zadzwonił telefon z informacją, żeby się modlić. Był wypadek, dosłownie kilka kilometrów przed dotarciem do celu. Bus do kasacji, wszyscy żyją, są ranni, ktoś jeszcze tkwi w środku. Terenowe auto uderzyło w misjonarzy z dużą prędkością, jego kierowca przyznał się do winy.

Przez następne godziny i dni nasze biura działały jak centrum zarządzania kryzysowego - modlitwa i mnóstwo pracy, informowanie rodzin, publikacja komunikatów, opanowanie internetowych komentarzy, ubezpieczenia. Duszpasterze spotykają się z uczestnikami zdarzenia. Kolejne osoby wychodzą ze szpitala. Jest trochę urazów - połamane kości, powybijane zęby, wstrząsy mózgu, pęknięta miednica, ale nie jest tragicznie. Okazuje się, że tylko jedna dziewczyna, Debora, wymaga operacji. Bardzo się jej boi i nie ma odpowiedniego ubezpieczenia. Już po przewiezieniu do Pretorii, w drodze do szpitala dziewczyna wyraźnie czuje, jak jej kości się przemieszczają. Kolejny rentgen dokumentuje cud - kości wróciły na swoje miejsce, operacja nie jest już potrzebna.

Zdarzyła się tragedia, ale konsekwencje są błogosławione. Uczestnicy szkolenia (prócz 7 rannych) postanawiają zostać w Gazankulu. Dla mieszkańców wsi to niepojęte. Napływają kolejne historie Bożego działania. Świadkowie pierwszych chwil po wypadku - policjanci, lekarze - są głęboko poruszeni. Mężczyzna, który spowodował wypadek, chce się spotkać z tymi dziwnie spokojnymi ludźmi. Wybaczyli mu, chcą się z nim modlić. Mężczyzna jest muzułmaninem.

Poszliśmy odwiedzić "połamańców" i nagrać ich historie. Emma z Rumunii ma trudności z poruszaniem, drżącym głosem czyta nam werset z Habakuka 3:17-19. "Zaiste, drzewo figowe nie wydaje owocu, a na winoroślach nie ma gron. (...) Lecz ja będę radował się w Panu, weselił się w Bogu mojego zbawienia. Wszechmogący Pan jest moją mocą. Sprawia, że moje nogi są chyże jak nogi łań, i pozwala mi kroczyć po wyżynach"


Jednak żyję!

(14.11.2010) - Dodał:Redakcja


Paulina przyszła ostatnio do mojego biura i widzę, że się zbiera w sobie, żeby coś opowiedzieć. Kręci się jeszcze trochę, trochę milczy, siada na fotelu i zaczyna mówić.

"Nikomu tego wcześniej nie mówiłam, bo nie chciałam żebyście się martwili. Teraz minęło już 6 miesięcy, to mogę powiedzieć. W Soshanguve są takie sektory - np. E, F, G, H - w których mieszkają naprawdę nieszczęśliwi ludzie i dzieje się tam mnóstwo okropnych rzeczy. Ja mieszkam w spokojnych rejonach, ale Bóg też ocalił mi życie. Była noc - spałam w swoim domu, we własnym łóżku, i nie wiem dlaczego, nagle podskoczyłam we śnie. Usłyszałam strzał, poczułam jakby palący ogień, zrobiło mi się gorąco na plecach. Okazało się, że ktoś strzelał przez dziurę w ścianie. Gdybym nie podskoczyła, trafiłby mnie prosto w głowę. A tak tylko mnie drasnął, mam bliznę na plecach. Jak się zorientowałam co się stało, nie było we mnie strachu, tylko taki niepojęty spokój. Chwaliłam Boga i śpiewałam mu, bo znów okazał mi dobroć. Ten człowiek, który strzelał, już nie wrócił od tamtej pory."


Kevin sam w kuchni

(29.09.2010) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TKECwOSj7ZI/AAAAAAAADwA/KSSJliAdry0/s400/_IGP5483.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TKECucHF3hI/AAAAAAAADv8/oIhE47P7p3E/s400/_IGP5480.JPG


Kevin* to indywidualny uczeń Szczepana. Ma 9 lat. Bardzo trudno się z nim pracuje, ale nie dlatego, że chłopiec nie jest skory do nauki. No może trochę dlatego, w sumie dość łatwo wpada z euforii w głębokie zniechęcenie, trudno mu skupić uwagę choćby na kilka minut. Ale przede wszystkim Kevin bardzo słabo mówi po angielsku i bardzo powoli wykonuje zadania - i stąd się biorą jego kłopoty. Tak wyszło, że Szczepan łatwo nawiązał z nim kontakt i ma do niego cierpliwość. Powolutku, powolutku stawiają kolejne kroki w matematyce, w nauce pisania i czytania. Małe sukcesy przynoszą dużo radości. Niedawno Szczepan znalazł znakomity program do nauki angielskiego. Kevin póki co kocha pracę na komputerze - pieczołowicie wykonuje zadania, nagrywa swoje odpowiedzi aż nabiorą prawidłowego brzmienia. Uczy się nowych słów, głosek, gramatyki.

Szczepan często powtarza, że nauka nie jest w tym wszystkim najważniejsza. Stara się być dla chłopca przyjacielem, starszym bratem, ojcem.

Jak co tydzień w środę miałam uczestniczyć w popołudniowych zajęciach z dziećmi. Pomożesz mi z Kevinem - mówi Szczepan. Będziemy gotować. Tym razem zamiast zabrać się za naukę, wzruszyliśmy do kuchni. Postanowiliśmy zrobić naleśniki.

Myliśmy wszyscy razem ręce przed rozpoczęciem pracy, a buzia Kevina promieniała radością i wyczekiwaniem. Staraliśmy się dać mu jak najwięcej odpowiedzialności - w końcu to on był tego dnia kucharzem! Z przejęciem i powagą przynosił odpowiednie składniki, mieszał, odmierzał, po raz pierwszy w życiu rozbijał jajka. Naleśniki wyszły bardzo piękne: cieniutkie, rumiane i pachnące.

Była to dla niego absolutna nowość, nigdy wcześniej nie próbował takiego smakołyku (naleśniki są tutaj popularne, ale raczej wśród afrykanerów). Obsypywał je cukrem, zwijał w skupieniu w rulonik i choć jego oczy błyszczały z ciekawości, chłopiec nie zjadł ani jednego. Zapakował swoich 5 własnoręcznie przyrządzonych (po raz pierwszych w życiu) naleśników w papierowe talerzyki i w folię. Wezmę je do domu, dla mojej rodziny - oznajmił. Namawialiśmy go, żeby skosztował choć odrobinę swego dzieła, ale odmawiał. W jego oczach widzieliśmy radość, dumę, nowo odkryte poczucie własnej wartości. Zrobiłem coś cennego i mogę to dać moim bliskim - mówił bez słów jego błogi uśmiech.

__
*Imię zmienione


100 dzieci w siedzibie OM

(29.09.2010) - Dodał:Redakcja

4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktXN10dQI/AAAAAAAADqg/qHSwb3hOyTM/s400/_IGP4799.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktg0McDTI/AAAAAAAADrQ/Q81fQCmTcag/s400/_IGP4944.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkt5gF1wOI/AAAAAAAADtQ/7cHZnVxdjQQ/s400/_IGP4744.JPG 4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktifzfXxI/AAAAAAAADrY/G9MCcjCOqRU/s400/_IGP4951.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktbycHyOI/AAAAAAAADq4/PniAf4zR7Ow/s400/_IGP4902.JPG 4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktlRi3HAI/AAAAAAAADro/ZJfSWBzPTKU/s400/_IGP4974.JPG 4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktrNNQneI/AAAAAAAADsI/FXUUC1f73gk/s400/_IGP5144.JPG 4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktmxgRbtI/AAAAAAAADrw/nA1VlAaniSU/s400/_IGP5007.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJktzD--IEI/AAAAAAAADsw/pvO_EndnhHc/s400/_IGP5246.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkt0Sy9V3I/AAAAAAAADs4/Ma1Ous479uQ/s400/_IGP5248.JPG


W piątek nasze biura przeżyły inwazję małych ludzi, którzy uczyli się o różnych krajach, kulturach i religiach, próbowali egzotycznych smakołyków i modlili się, żeby każdy człowiek na ziemi miał szansę usłyszeć Ewangelię. Było wspaniale. Dzieciom towarzyszyli rodzice, poruszeni co najmniej tak samo jak maluchy. Byli wdzięczni, że nie operowaliśmy szkodliwymi stereotypami, nie "straszyliśmy" muzułmanami, ale staraliśmy się zarazić miłością.

Szczepan był czarnym charakterem w inscenizacji o Chinach. Ja działałam dziennikarsko i medialnie.


Odwiedziny w Soshanguve

(29.09.2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkhclZfxlI/AAAAAAAADpQ/5ogiL3eov40/s400/_IGP4707.JPG 4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkhZTaPwrI/AAAAAAAADpI/urRfOiEMyd8/s400/_IGP4704.JPG
2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkhesaoPdI/AAAAAAAADpY/iEDqIUg8esU/s400/_IGP4709.JPG

Dowiedzieliśmy się, że z Mamą jest krucho. Jej cukrzyca daje o sobie dotkliwie znać, jej mąż ma gruźlicę i ona prawdopodobnie też, a Paulina płakała załamana przez telefon - powiedziała nam Maggie, szefowa naszego misyjnego zespołu.

Postanowiliśmy odwiedzić Paulinę. Wiedzieliśmy że mieszka gdzieś w Soshanguve, rozległym townshipie po drugiej stronie Pretorii. Nie znamy jej adresu ani nazwiska. Znajomi, którzy odwozili ją do domu gdy zachorowała dali nam wskazówki - "Wjedźcie prosto w Soshanguve, ale nie przy pierwszym znaku tylko przy drugim, skręćcie w blok SS w prawo, potem pierwsza w lewo - to będzie nieutwardzona droga, Paulina mieszka w jednym z pierwszych domów po prawej stronie."

Poszliśmy kupić trochę jedzenia odpowiedniego dla osoby z cukrzycą. Tak się pięknie złożyło, że akurat niespodziewanie zarobiliśmy kilka złotych za artkuł dla chrześcijańskiego czasopisma i mogliśmy pójść za porywem serca. Normalne zakupy robimy ostrożnie, bo jedzenie jest bardzo drogie, ale tym razem mogliśmy dobitnie poczuć, jakim luksusem są zdrowe produkty. Wszystko, co ma mniej cukru lub jest w jakikolwiek sposób naturalne czy razowe kosztuje automatycznie 50% więcej. Nic dziwnego że Paulina żywi się papą, której jeść nie powinna.

Soshanguve zrobiło na nas przyjemne wrażenie. Może dlatego, że jest już bardziej na uboczu. Wydawało nam się, że jest czystsze, bardziej zielone i bardziej niż Mamelodi przypomina normalną wieś. Tyle tylko, że wjechaliśmy na ten ogromny teren zupełnie inaczej, niż nasi poprzednicy - dróg najwyraźniej było kilka. Krążyliśmy, pytaliśmy, po mniej więcej godzinie błądzenia znaleźliśmy sektor SS. Problem polegał na tym, że nie mieliśmy już punktu odniesienia w postaci głównej drogi. Nie mieliśmy pojęcia jak znaleźć właściwy domek. Zaczęliśmy się modlić i analizować mapy na GPSie. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po okolicy, kilka minut później wjechaliśmy na drogę pasującą do opisu. "Mama ma niebieski płot" - podpowiedzieli nam znajomi przez telefon. Wysiadłam z samochodu i zapytałam kobietę siedzącą na podwórku, czy nie wie, gdzie mieszka Paulina. Nie wiedziała - pewnie Mama poza pracą używa swojego afrykańskiego imienia. "Ona ma córkę Brendę i wnuczkę Zeldę." - dodałam, nie tracąc nadziei. Kobieta uśmiechnęła się i wskazała na sąsiedni domek z zielonym płotem (sic!) - "Mieszka tutaj" . Trafiliśmy, dzięki Bogu! Oto udało się znaleźć naszą przyjaciółkę nie znając adresu ani nazwiska, pośród setek tysięcy podobnych domków!

Mama nie mogła uwierzyć własnym oczom. My cieszyliśmy się, że dojechaliśmy, a ją dosłownie zatkało. Wyglądała ogólnie nędznie, była osłabiona i bardzo blada. Ale też bardzo ją te odwiedziny wzruszyły i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Na podwórku siedziały koleżanki jej córki (akurat trafliśmy na urodziny) i wszystkie widziały nas, nasz samochód i prezent - Paulina była nieprawdopodobnie dumna z tego powodu. Nam z kolei pokazywała swoją ukochaną wnuczkę, o której tyle opowiada w pracy. Modliliśmy się z nią po polsku, angielsku i w Sotho, aż Mama zaczęła głośno płakać, chyba nazbierało się w niej sporo przeżyć.

Tydzień później Paulina wróciła do pracy, wygląda znacznie lepiej. Nie łudzę się, że sytuacja zasadniczo się zmieniła, a jej problemy zdrowotne się rozwiązały... no ale przynajmniej doszła do siebie. Wylewa się z niej miłość, wciąż jest wzruszona i wspomina odwiedziny. Znów gadamy sobie w kuchni.


Co to jest township?

(29.09.2010) - Dodał:Redakcja

4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkWIDF8P6I/AAAAAAAADpA/4X7fXParVcQ/s400/_IGP2832.JPG


Należałoby pewnie raz a dobrze wyjaśnić co to township (czyt. tałnszip). Township to niekoniecznie slumsy, choć w każdym townshipie są slumsowe rejony. Township to ani wieś, ani miasto. Może najlepiej byłoby powiedzieć - dawne getto. Osiedle zbudowane przez białych na obrzeżach miasta (większe miasta mają po kilka townshipów) albo w pobliżu fabryki. Powstawały, by ulokować gdzieś czarnych pracowników, którzy po godzinie 20tej nie mieli prawa znajdować się na ulicach należących do białych ludzi. Czasy się zmieniły, osiedla zostały.

Południowa Afryka to w gruncie rzeczy wsie i townshipy . Piękne prywatne kompleksy, kiedyś przeznaczone tylko dla białych, a teraz dla bogatych, to ułamek rzeczywistości. Maleńkie domki bez kanalizacji, z często nielegalnie podpiętą elektrycznością przykrywają gigantyczne przestrzenie.

Większość afrykanerów unika tych miejsc jak zarazy. Faktycznie, w townshipach nie ma białych. Im głębiej w osiedle, tym większym zjawiskiem jesteśmy. Township ma swój rytm, swój charakter. Sąsiedzi uważnie wszystko obserwują i nie ma mowy o anonimowości. Przy ważniejszych skrzyżowaniach panie gotują papę na ogniu, na straganach z blachy i patyków sprzedaje się cukierki i chipsy, działają prowizoryczne myjnie samochodowe, wulkanizacje... Zwykle jest też przynajmniej jedna pani z plastikowym krzesełkiem, która zaplata warkoczyki. W oczy rzucają się blaszane kontenery, z których można zadzwonić i naładować telefon komórkowy. Dzieci są wszędzie, a mnóstwo ludzi, zwłaszcza starszych panów, po prostu siedzi na krawężnikach lub stopniach i tak im mija czas. I z każdym rokiem pojawiają się kolejne udogodnienia, nowoczesność pcha się nieubłaganie, budują się coraz ładniejsze stacje benzynowe, supermarkety, znane sieci fastfoodów, kolorowe billboardy.

Są też ciemne strony, statystyki które nie napawają optymizmem. Położenie zwykle nieciekawe, na przykład na skraju miejskiego wysypiska (Mamelodi), albo za wielką sztuczną górą, żeby nie raziło w oczy (Soweto). Koleżanki Szczepana, które mieszkają od niedawna w centrum Meetse a Bophelo przyzwyczajają się do nocnych strzelanin. To w townshipach rodzą się zamieszki i ataki ksenofobiczne. Zamiast podziału na ulice są sektory, jak w jakimś dziwnym obozowisku. Można mieszkać w bloku YY lub przy wjeździe 18. Nie da się udawać, że to całkiem normale. Ale życie się toczy, a ludzie nie proszą o litość, nie są żebrakami. Są posterunki policji, szkoły, ośrodki misyjne. No i maleńkie domki, ciągnące się w nieskończoność. To, czego z całą pewnością nie ma, to miejsca pracy. Dojazdy pochłaniają zwykle kilka godzin dziennie i pół pensji.

Przeciętny dom w townshipie w okolicach Pretorii jest już murowany. Czasem w kącie podwórka stoi jeszcze blaszana budka z biedniejszych lat, ale normalnie rodzinę w której ktoś pracuje stać już na prawdziwą budowę. Standardowo niskie ściany przykrywa dach z blachy falistej, także domki są latem potwornie gorące, a w zimie - lodowate. Meble są zwykle znalezione lub "dostane" od pracodawcy, lodówki raczej nie ma lub nie pracuje ze względu na koszt prądu (za prąd płaci się z góry, jak za doładowanie do telefonu), podwórko to skrawek starannie pozamiatanej suchej gliniastej ziemi. Toaleta jest normalnie na zewnątrz, ale woda w domu to już powoli norma. Miniaturowe pokoiki, 2 albo 3, mieszczą w sobie salonik w polskim babcinym stylu, łóżka i w zasadzie więcej nic. Ach, i duma każdego domu - kupiona na kredyt ogromna plazma, czasem też kino domowe i pokaźne głośniki. A do jedzenia sucha papa, gotowana przed domem na ogniu. Jeśli dzieci pokończą szkoły i dostaną dobre prace, przyjeżdżają w odwiedziny luksusowym autem i mogą umocować na maleńkim domku antenę satelitarną. I tak się oto dorabia Południowa Afryka.


Nowy narybek

(29.09.2010) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkGD_HY_mI/AAAAAAAADoA/DJWWwP0k-f4/s400/_IGP4647.JPG 1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkGJt97tMI/AAAAAAAADoI/nXO_Of4iLgI/s400/_IGP4650.JPG 1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkGR1ly2YI/AAAAAAAADoY/jRXamAGonEE/s400/_IGP4676.JPG 4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkGV-0hrKI/AAAAAAAADog/rMM0l-VvFuk/s400/_IGP4682.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkGbxLcNfI/AAAAAAAADoo/fYdr_vkMeX0/s400/_IGP4688.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TJkGgguNJqI/AAAAAAAADow/WaitYd2BRzs/s400/_IGP4691.JPG


Nowa grupa - 33 osoby z całego świata w wieku od 18 do 65 lat - rozpoczęła Misyjny Trening Uczniostwa. Mogliśmy uczestniczyć razem z nimi w niedzielnym nabożeństwie i później spędzić trochę czasu rozmawiając i jedząc wspólny obiad.

Zabawnie było znaleźć się znów w bazie treningowej - choć w ostatnich tygodniach to miejsce przeszło gruntowne porządki, wciąż panuje tam atmosfera chaosu i jakoś wspomnienia, które z tamtąd wynieśliśmy, budzą mieszane uczucia. Trochę się poczułam sentymentalnie, trochę dziękowałam Bogu za to, czego się nauczyliśmy, a trochę ożyły na nowo trudne momenty i poczucie frustracji. Ostry dźwięk dzwonka wywołał specyficzny ścisk w żołądku - chyba jesteśmy ze Szczepanem tym typem ludzi, którym w warunkach takiej dyscypliny całkowicie opadają skrzydła.

Ale nie można zapominać, że to miejsce przez kolejnych 5 miesięcy będzie polem Bożego działania - będą się na nowo definiować priorytety, wielu odnajdzie swoją prawdziwą tożsamość, skonfrontuje się z przeszłością, urodzą się wielkie marzenia na przyszłość.

Rozmowy z młodymi uczestnikami szkolenia były szalenie interesujące. W ich wypowiedziach wyczuć można wspaniałą, zaraźliwą wiarę i wielkie oczekiwania, u niektórych trochę onieśmielenia i oszołomienie tym, co nowe. Były silne charaktery z zapałem, by jeszcze dziś zmienić świat (i nieco pompatycznymi deklaracjami na temat swojej roli w tym przedsięwzięciu), było też kilka osób, które jeszcze niczego nie były pewne - przynajmniej nie w języku angielskim. Wspaniale będzie obserwować, jak Bóg zmienia, kształtuje i używa każdego z nich.


Będę złodziejem

(20.09.2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TI-u6sMVIfI/AAAAAAAADmc/YqK3DpfTdiU/s640/_IGP4307.JPG

Szczepan wrócił z popołudniowych zajęć z dzieciakami i opowiada: Phalaselo poinformował nas dzisiaj, że postanowił zostać złodziejem. Nie chce się uczyć ani pracować, uznał że lepiej zacząć kraść. Tak, będę złodziejem - potwierdzał Phalaselo.

Ach, i jeszcze coś - przypomniał sobie Szczepan - niedawno ktoś zastrzelił jego siostrę.

Módlcie się z nami o tego chłopca.


Paulina

(20.09.2010) - Dodał:Redakcja

Paulina jest moją najlepszą koleżanką, tu w Afryce. Jakoś mamy do siebie nawzajem serce i dobrze nam w swoim towarzystwie. Mówię do niej "Mama", tak jak się mówi z szacunkiem do kobiet, które mają dzieci. Ona mówi do mnie "Miss-ka". Obawiam się że nie może zapamiętać mojego imienia. Choć Szczepana pamięta bardzo dobrze!

Paulina śmieje się, że jest "Magogo" - starą babcią. Faktycznie ma dorosłe dzieci i pięcioro wnuków, choć myślę że nie ma jeszcze 50tki. Pracuje jako sprzątaczka w OMie. Cieszy się z tej pracy, choć z dojazdami nie jest jej łatwo. Mieszka w Shosanguve, slumsowym osiedlu na obrzeżach Johannesburga. Żeby dojechać do Pretorii, wstaje codziennie o 4tej rano, a do domu wraca o 19tej. Z pensji utrzymuje córkę, wnuczkę i jeszcze kilka osób z rodziny.

Kiedy przychodzę rano do pracy, Paulina przygotowuje sobie w kuchni kaszkę na śniadanie, czasem śpi na podłodze w pomieszczeniu z komputerami. Chyba jest ogólnie niedospana, bo w czasie godzinnej przerwy na lunch lubi sobie pospać na trawie na tyłach budynku.

Gdy spotkałyśmy się pierwszy raz, Paulina zapytała, gdzie są moje dzieci. Bardzo się użaliła, że jeszcze nie mam żadnych (btw, afrykańskie kobiety muszą chyba myśleć, że europejki nienawidzą dzieci albo mają problemy z płodnością). Nasza znajomość zaczęła się od dobrych rad i rozmów na temat małżeństwa. Paulina doradza mi, jak być dobrą żoną, jak dbać o dom. Pomaga mi robić pranie, składa moje pościele, czasem coś dla mnie wyprasuje (używam pralki w centrum misyjnym). Mówię jej: "Mama, naprawdę nie powinnaś mieć przeze mnie dodatkowej pracy. Przecież mogę porobić to wszystko sama." Ale Paulina jest często szybsza - nim ja się zorientuję, że rzeczy w ogóle wyschły, przynosi mi je poskładane. Jest wtedy bardzo z siebie zadowolona. Mówi: "Twoja Mama jest bardzo daleko. Jakby moja córka była tak daleko, to też bym chciała, żeby jej ktoś pomagał."

Paulinę zawsze zachwycają polskie kolczyki i ogólnie lubimy pogadać o ciuchach i dodatkach. Któregoś razu jej uwagę przykuła moja góralska chusta w róże. Wkrótce dostała ją ode mnie w prezencie i nasza przyjaźń stała się jeszcze bliższaWink. W czasie pracy Paulina chodzi w raczej nędznym niebieskim fartuchu i bereciku, ale przed wyjściem przebiera się w normalne ubrania. Wygląda wtedy bardzo elegancko, dumnie przewiązuje swoją chustę na ramionach.

Lubimy też sobie poopowiadać o zwykłych codziennych sprawach. Paulinie nie mieści się w głowie, jak mogliśmy przylecieć z tak daleka. Dziwi się, jak to możliwe, że mogliśmy przywieźć ze sobą tylko dwie walizki. Jest ciekawa, jak się u nas w kraju żyje, co się je, jaka jest nasza rodzina. Lubi pochwalić Szczepana, że dobry z niego mąż. (Zresztą, Szczepan też ma dla niej serce. Nieraz podwozi ją do przystanku albo robi jej zakupy w czasie lunchu.) Paulina z przyjemnością opowiada mi anegdotki o swojej wnuczce i córce. Dzieli się swoimi osiągnięciami i radościami. Opowiadała mi kiedyś o swoich zmartwieniach i zaproponowałam jej modlitwę. Tak się już przyzwyczaiła, że się razem modlimy.

Przedwczoraj Mama przyszła do pracy raczej blada i osłabiona, Do południa było jej jeszcze gorzej, i kiedy wyszłam wieszać pranie, zobaczyłam że leży na słońcu na kocu, zwinięta w kłębek. Miała okropne dreszcze i ledwie się poruszała. Przyniosłam jej wodę, udało się zorganizować lekarstwa, ktoś z misjonarzy odwiózł ją do domu.

Paulina ma cukrzycę, niestety nie bierze odpowiednich leków i nie je tego, co powinna. Problemem są finanse, jak zwykle. Jej pensja wystarczyłaby na jedną-dwie osoby, ale nie na całą rodzinę. A że to moja najlepsza koleżanka, modlimy się i czekamy, aż będzie z nią lepiej. Chciałoby się coś zrobić, ale co?


Widzę Boga

(06.09.2010) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TH0UbXcJeqI/AAAAAAAADgQ/XbPcmert22Y/s400/_IGP2823.JPG

Wiemy, że Bóg czasem działa w ukryciu i nie możemy dostrzec zmian, aż zdarzy się coś, co spektakularnie pokazuje Jego chwałę. Tak było ostatnio z małym Thepo* - Szczepan mógł obserwować prawdziwie niebiański moment w życiu chłopca.

Ten sześciolatek to jedno z trudniejszych dzieci: jest bardzo emocjonalny, bardzo uparty i bardzo źle funkcjonuje w grupie. Został sierotą gdy miał 2 lata i w swoim młodziutkim życiu zdążył doświadczyć porzucenia, przemocy, głodu i sam Bóg wie, czego jeszcze.

Centrum Meetse a Bophelo ma kilka urokliwych zakamarków, m.in. ogród modlitewny z Golgotą, zbudowany przez poprzednich właścicieli budynku. Na skalistym wzgórzu wznoszą się krzyże, u stóp środkowego wypływa źródełko - woda spływa kaskadami do niewielkiej sadzawki. Dzieci normalnie nie mają tam wstępu, ale pewnego razu Thepo był wyjątkowo smutny i Alma, szefowa ośrodka, postanowiła pokazać mu nietypową fontannę. Ten mały chłopczyk, który normalnie milczy (lub przeklina), zaczął wołać w uniesieniu "Widzę Boga!" "Widzę Boga!". W zachwycie obserwował spływającą wodę i wyznał, że chciałby się pomodlić o swojego dziadka (mężczyzna jest alkoholikiem i jest jedyną osobą z rodziny, która opiekuje się chłopcem). Woda płynęła po skałach, modlitwa w niebo. Była w tym dziecięcym przeżyciu jakaś wstrząsająca autentyczność i natchnienie, które może dać tylko On.



» Szukaj Wpisów
© 2007 - 2009 by Marwelln

Przyjaciele

Flash not found

Ankieta

Który przekład Biblii czytasz najchętniej?

Warszawska (Brytyjka)

Tysiąclatka

Gdańska

Jakuba Wujka

Inna

Cytat...

"Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Chleb z nieba dał im, aby jedli." - EWANGELIA JANA 6:31

Język/Language




Copyright Radmin© czerwiec 2006
Główna  Czytelnia  Biblia  Poezja  Zasady wiary  Dekalog  Słownik  Współpraca  Polityka prywatności  Kontakt

Prosimy o przestrzeganie praw autorskich. Przedruki dozwolone wyłącznie po uzyskaniu zgody Ewangelista.pl
Przedstawione materiały są zgodne z zasadami naszej wiary, nie jest to jednak jednoznaczne z pełnym poparciem prywatnych postaw i zasad wiary
poszczególnych autorów oraz prezentowanych przez nich poglądów.

PHP-Fusion PL

2,197,693 unikalnych wizyt od czerwca 2006

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2012 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.


Treść reklam nie zawsze pokrywa się z poglądami Redakcji.