Wpisy

Wpisy w bazie danych: 39

Nadzieje i napięcia

(10-07-2010) - Dodał:Redakcja

MŚ budzą w RPA skrajne emocje. To wielkie przedsięwzięcie miało zjednoczyć Afrykańczyków i uleczyć chore społeczeństwo. Faktycznie, w pewnym sensie spełnia ono rolę igrzysk, które pozwalają oderwać się od codziennych trosk, ale nie łudźmy się - prócz Jezusa dla RPA nie ma lekarstwa. Piłka nożna to "czarny sport", całkowicie niezrozumiały dla mieszkających tutaj białych miłośników rugby i kolorowych fanów krykieta. Gorączka piłkarska nie ogarnęła więc całego kraju, a jedynie niektóre środowiska. Jeśli biali Afrykanerzy w ogóle oglądają mecze, to nie kibicują Południowej Afryce, a europejskim drużynom. Podziały rasowe pozostały niewzruszone. Wśród piłkarzy zdarzają się chrześcijanie, ale to wyjątki. Tutejsze przygotowania do gry to nie tylko treningi, ale też czary: narodowa reprezentacja nie zapomniała złożyć na ofiarę zwierząt, przygotować amuletów z odchodów i kości, rzucić odpowiednich zaklęć. Przestępczość nadal jest, jaka była - może tylko światowe media zwróciły na nią większą uwagę. Kradzieże, rozboje i potworne wypadki na drogach nie pojawiły się tutaj dopiero z okazji MŚ! Obietnice rozwoju ekonomicznego brzmią na wyrost, zważywszy że praktycznie wszystkie piłkarskie gadżety zostały wyprodukowane w Chinach, a turystów przyjechało mniej niż się spodziewano. Prócz tego wszystkiego są jeszcze sprawy, o których w ogóle niechętnie się mówi, na przykład dziesiątki tysięcy nowych prostytutek, "zrekrutowanych" specjalnie na tę okazję. W większości to jeszcze dzieci, ofiary handlu ludźmi, który według tutejszego prawa nie jest nawet przestępstwem.

W tym wszystkim nie można jednak przegapić ogromnego potencjału do niesienia łaski i miłosierdzia. Bóg działał i działa w tym czasie w niezwykły sposób.


Broszka

(09-07-2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TCYxeSDfS0I/AAAAAAAADVE/uCRQ03dgT_E/s400/_IGP6037.JPG

Mamelodi to miejsce Szczepana. Spędziłam tam dwa popołudnia i byłam pod wielkim wrażeniem tego, co tam się dzieje, ale stwierdziłam że to służba nie dla mnie. Nie mam pojęcia jak gadać z tymi dziećmi. Nie umiem uczyć chłopców, kiedy oni nie potrafią ani na minutę skupić uwagi i cieszą się, kiedy widzą moją bezradność. Nie wiem jak się zachować, gdy kilkulatek ni stąd ni zowąd zaczyna macać mnie po biuście albo próbuje wyłudzić pieniądze.

Kiedy byłam na zajęciach drugi raz, pobyłam trochę dłużej z dziewczynkami. Faktura moich włosów jest dla nich fascynująca, więc większość czasu spędziłyśmy siedząc na schodach: kilka małych dłoni sprawnymi paluszkami zaplatało mi warkoczyki, jednocześnie śpiewałyśmy też piosenki o Jezusie. Nie umiałam wymyślić nic lepszego, by być blisko nich. Tuż obok mnie siedziała jedna ze starszych dziewczynek - Keteledi, i z podziwem gładziła moje włosy. Inne dzieci podśmiewają się z Keteledi i trzymają się na dystans - dziewczynka jest pulchna i troszkę niezdarna, a poza tym dość cicha i nieśmiała. Widać, że bardzo pragnie miłości i uwagi.

Choć przyjemnie było pobyć z dziewczykami, wróciłam do domu z pewnego rodzaju uczuciem ulgi. Nie czuje się przygotowana do tej służby, te dzieci są za trudne - pomyślałam. Była środa.

Tydzień później Szczepan wysłał mi z Mamelodi smsa. "Keteledi pyta gdzie jesteś. Przecież dzisiaj środa." Wzruszyło mnie to jej wyczekiwanie, ale miałam dobrą wymówkę. Termin na ukończenie strony internetowej, nad którą ostatnio pracowałam, zbliżał się wielkimi krokami. Byłam bardzo, bardzo zajęta. Nie mogłam uciec na całe popołudnie z biura.

Kolejnej środy Szczepan wrócił z Mamelodi nieco nachmurzony. "Mam przez ciebie kłopoty" - opowiada. "Keteledi się do mnie nie odzywa. Powiedziała, że nie będzie ze mną rozmawiać, bo nie przyjechałaś."

Boże, jak mam się odnaleźć w tej sytuacji? - zastanawiam się. Wiem, że dobre rady w rodzaju "tylko nie angażuj się za bardzo emocjonalnie" są bez sensu. Jezus zawsze angażował się emocjonalnie. Próbuję uciec od uwikłania w skomplikowany świat tych dzieci, ale już za późno. Moja wymówka, że się do tego nie nadaję, nie jest zbyt mocna przed Bogiem. Przecież On się nadaje, ja mam Go tam tylko zanieść. Ale naprawdę jestem bardzo, bardzo zajęta.

Szczepan rzucił genialną myśl: "Daj jej jakiś drobny prezent". Mój wzrok pada na toaletkę. Rozważam kilka bezwartościowych drobiazgów, aż wybieram piękną broszkę. Bardzo ją lubię, rozmawiamy chwilę, czy to dobry pomysł. Dobry - stwierdzamy.

Następnego dnia Keteledi dostała broszkę, razem z pozdrowieniami. Szczepan przypiął ją do kołnierzyka przy szkolnym mundurku dziewczynki. Ze wzruszenia i szczęścia aż odebrało jej mowę. Poczuła się najbardziej wyjątkowa na całym świecie. Przez kolejne dni była zawstydzona i oniemiała z radości. Śpiewała i mówiła wszystkim, że jest bardzo szczęśliwa. My też byliśmy zadziwieni i wzruszeni, jak Bóg potrafi użyć naszych małych, ciasnych serc. I jak potrafi nas cierpliwie uczyć kochać.

Postanowiłam, że po wakacjach (za 3 tygodnie!) w każdą środę będę chodzić ze Szczepanem do Mamelodi i spędzać czas z dziewczynkami. Nadal myślę, że się nie nadaję.


Phalaselo wrócił

(09-07-2010) - Dodał:Redakcja


Kilka dni później Phalaselo przyszedł pieszo do ośrodka w Mamelodi (ładny kawałek!). Wyobrażamy sobie, że musiał mieć nieco obaw, ale niepewność rozwiały pierwsze uśmiechy pracowników i radosne powitanie.

Phalaselo przyszedł pogadać, zjadł w Meetse lunch. Jakoś przeżyliśmy wszyscy tę trudną lekcję miłości, i my, i on. Zachował się w dojrzały sposób, decydując się na samodzielną wyprawę do Mamelodi i rozmowę. Bardzo, ale to bardzo się ucieszyliśmy.


Płaczemy nad Phalaselo

(20-06-2010) - Dodał:Redakcja

Szczepan wraca któregoś razu z Mamelodi - odbiera mnie zawsze z biura w drodze powrotnej - i widzę, że jest skołowany. Rozmawiamy i wkrótce rozumiem dlaczego.

Phalaselo już drugi raz powiedział misjonarzom, że w czasie zajęć zginęły mu pieniądze - niewielka kwota, 20 randów (8 zł). Po pierwszym razie dali mu pieniądze, którą rzekomo stracił, ale dostał też instrukcję - jeśli przynosisz na zajęcia cokolwiek cennego, oddaj nam na przechowanie, to na pewno nic nie zginie. Za drugim razem pod koniec zajęć Phalaselo znów zgłosił, że stracił 20 randów, domagając się rekompensaty. Phalaselo ewidentnie znalazł źródło, z którego może mieć trochę gotówki. Dzieciaki zaczynają nam wchodzić na głowę - zdenerwował się łagodny z natury dyrektor ośrodka. Musimy je kochać, ale mądrze. Trzeba wyciągnąć konsekwencje.

Była więc rozmowa z Phalaselo, dostał karę - następnego dnia nie może przyjechać do Meetse. Musimy też porozmawiać z jego rodziną - zdecydował dyrektor. - Potrzebujemy zaangażowania jego opiekunów. Mimo najlepszych intencji, pomysł okazał się tragiczny. Phalaselo jest wychowywany przez dalekiego wujka i nikt nie spodziewał się, że mężczyzna zareaguje w tak gwałtowny sposób. Jeszcze w obecności misjonarzy zwyzywał chłopca, nazywając go psem, niegodnym by żyć. Dyrektor próbował go uspokoić, ale w mężczyźnie uwolniły się przerażające pokłady agresji. Jesteśmy praktycznie pewni, że chłopak został tego dnia skatowany przez wujka. Tymczasem dyrektorowi nie chodziło przecież o wymierzenie kary.

Następnego dnia Phalaselo przyszedł do misyjnego busa, z nadzieją że jednak będzie mógł przyjechać. -Dzisiaj nie możesz jechać, Phalaselo. Weźmiemy cię dopiero następnym razem - zdecydował dyrektor. Chłopiec nie chciał odejść. Dyrektor postanowił być konsekwentny i odjechał bez Phalaselo.

Wszyscy w Meetse byli tego dnia jak struci. Żona dyrektora płakała. On sam był bardzo przygnębiony. Sprawiedliwość czy łaska? W chwili dylematu chyba trzeba wybierać zawsze to drugie? Nie da się już nic zmienić. Boże, jak bardzo trzeba nam twojej mądrości. Jak bardzo potrzebujemy Twojego przebaczenia! Phalaselo zobaczymy dopiero po 5-cio tygodniowych wakacjach szkolnych. Pewnie to, co spotkało go w domu nie było w żaden sposób wyjątkowe, pewnie to jego codzienność, "normalna" reakcja jego opiekuna w chwilach, gdy chłopiec sprawia kłopoty.

Siedzimy oboje w samochodzie, czekamy aż zmienią się światła. Łzy płyną nam po policzkach.


Panie z ulicy

(20-06-2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBN8hFbPOOI/AAAAAAAADT4/iY4-P7BHsz4/s400/DSC_0157.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBN8lQqnV_I/AAAAAAAADUA/rQvuVNxqcmc/s400/DSC_0174.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBN8oVbbW5I/AAAAAAAADUI/KsDmJ0zQFpg/s400/DSC_9219.JPG 1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBN8q9vgJUI/AAAAAAAADUQ/HW5TrquZZzc/s400/DSC_9212.JPG

Niedawno uciekliśmy w piątek z biur i spędziliśmy dzień dość nietypowo. Odwiedziliśmy Coffe House - chrześcijańską jadłodajnię i ośrodek dla bezdomnych w śródmieściu Pretorii. Mogliśmy poobserwować z bliska życie w jednej z bardziej niebezpiecznych miejskich dżungli na świecie, porozmawiać z narkomanami i alkoholikami.
Najcenniejszy był wieczór, spędzony z "Paniami z ulicy". Przygowaliśmy dla nich karteczki z biblijnymi wersetami i drobne prezenciki - kolczyki, czekoladki i numer telefonu do osoby, która może im pomóc wydostać się z biznesu. Szczepan był "ochroniarzem" - czuwał nad bezpieczeństwem i modlił się, gdy Weronika i dwie inne dziewczyny rozmawiały z Paniami. Po zmroku krajobraz śródmieścia przypominał scenę z gangsterskiego filmu: wyjące syreny i patrole policyjne, grupki mężczyzn przy klatkach schodowych i ulicznych straganach z papierosami, dilerzy narkotyków. Co kawałek spotykaliśmy kilka Pań w bardzo krótkich spódniczkach i z krzykliwym makijażem. Były dość zdziwione, gdy do nich podchodziliśmy, ale wiele chętnie z nami rozmawiało. Mówiły o swojej desperacji, o poniżaniu, biciu i gwałtach. Wiele było pod wpływem narkotyków. Pytaliśmy je, o jakim życiu marzą, rozmawialiśmy o ich Stwórcy. Nie potrafimy zapomnieć Elizabeth, która przez łzy mówiła, że krzyczy do Boga, ale on chyba jej nie słyszy. Panie to tak naprawdę jeszcze dzieciaki, najstarsze mają po 20, 21 lat. Zwykle trafiają na ulicę w wyniku handlu ludźmi lub przez uzależnienie od narkotyków. Niektóre są w biznesie jakiś czas, ale spotkaliśmy też dziewczynę, która pracuje dopiero od tygodnia. Wyglądała na wycieńczoną biciem. Towarzyszyła nam ciągle obecność alfonsów, trzymali dziewczyny pod kontrolą, interweniowali, gdy rozmowa się wydłużała. Dziewczyny mówiły że nie chcą tak żyć, a w nas rósł święty gniew pomieszany z miłością i pragnieniem, by widzieć Bożą chwałę na ulicach Pretorii. Z większoscia modliliśmy się na ulicy, staraliśmy się wlać w ich serca nadzieję i przekonać, by skorzystały z pomocy. Mamy nadzieję, że będziemy mogli właczyć się w tę służbę na stałe.


Chłopaki z YMCA

(20-06-2010) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBNq1FngsvI/AAAAAAAADTI/zDndmSSrtPQ/s400/_IGP6097.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBNqwsXXEcI/AAAAAAAADS4/Tqmh6TEMFp8/s400/_IGP6098.JPG

Kurs okazał się być bardzo kameralny, prócz nas uczestniczyła w nim dosłownie garstka młodych chłopaków z Mamelodi. OM wysłał nas na szkolenie właśnie dlatego, że brakuje nauczycieli - w poprzednim semestrze zajęcia musiały zostać zawieszone z braku kadry. Faktycznie, Crossroads to dość duże zobowiązanie, wymagające zaangażowania przez minimum rok. Jesteśmy głęboko przekonani, że warto.
Reszta naszej małej nauczycielskiej grupy okazała się być dla nas wielką inspiracją. Chłopaki z YMCA mieszkają w oddalonej części slumsów: dwa razy w tygodniu wstawali o 5tej rano, by dojść do Meetse na 8:40. Wszyscy są młodzi, tuż po szkole średniej i niewiele o sobie opowiadają. Wiemy, że prowadzą YMCA - chrześcijański ośrodek oferujący bezpłatne zajęcia pozalekcyjne. Drążąc nieco głębiej dowiadujemy się, że w zasadzie nie są pracownikami YMCA. Ośrodek stał przez kilka lat zdewastowany i opuszczony. Oni - paczka znajomych ze slumsów - postanowili go uporządkować i zaczęli organizować klub piłkarski i inne zajęcia dla dzieciaków z okolic. Nikt im nie płaci, nie mają sponsorów. Budynek, który do nich nie należy, utrzymują z własnych pieniędzy. Chcieli znaleźć jakiś program, który byłby odpowiedzią na problemy ich młodzieży i tak trafili na Crossroads. W ten sposób spotkaliśmy się na jednym kursie i przygotowywaliśmy się do wspólnej pracy w szkołach.

Prócz wielkiego entuzjazmu i skromności, chłopaki z YMCA byli też dla nas dobrą szkołą afrykańskiej kultury. Mogliśmy obserwować, jak tłumaczyli międzynarodowy program na język własnej rzeczywistości. Choć na pierwszy rzut oka nie różnili się od polskiej miejskiej młodzieży, bez wahania podali nam szczegółowe instrukcje budowy chaty z krowiego łajna.

Nie byli w stanie otwarcie rozmawiać z młodzieżą o seksie, mimo, że dobrze rozumieli potrzeby w tej dziedzinie - a przecież przygotowywaliśmy się, by prowadzić zajęcia na te temat. Proponowali, by nie odpowiadać na pytania uczniów, sugerowali że poruszanie tych kwestii może się okazać szkodliwe. Inni udawali pewnych siebie, ale gdy trzeba było coś powiedzieć, zbywali wykładowców śmiechem. Chłopaki są Chrześcijanami, ale wiemy że zmagali się z założeniami programu i często wydawał im się nierealistyczny (Bo przecież wszystkie nastolatki rodzą dzieci! Jeśli faktycznie miały by czekać do ślubu, musiały by wychodzić za mąż w wieku 13 lat)

Zdaliśmy sobie sprawę, że bagaż doświadczeń i przekonań z którym tu przyszliśmy, jest znacząco inny. W trakcie pracy w grupach wywiązała się mała sprzeczka na temat dopuszczalności czarów w leczeniu, a tuż potem jeden z kolegów przekonywał nas, że napisy przypominające kształtem grafitti (niewyraźne, wystylizowane czcionki) pochodzą od Szatana i zawierają ukryte zaklęcia.

Co więcej, chłopaki wynieśli ze swoich szkół sposób uczenia, w którym bardziej liczy się poprawna odpowiedź niż faktyczne przyswojenie informacji. Uczeń mówi dokładnie to, co powinien, by nie oberwać od nauczyciela. W przypadku programu, który ma przede wszystkim zmieniać postawy, kształtować charakter i budować zaufanie, takie nastawienie okropnie utrudnia pracę!
Całe szkolenie było naprawdę interesującą podróżą, która pomogła nam lepiej zrozumieć sposób myślenia młodych Afrykańczyków. Ostatnim przystankiem była lekcja próbna w szkole VukaUzenzele. My ze Szczepanem mieliśmy poprowadzić lekcję razem z dwoma innymi nauczycielami, ale jeden z kolegów nie przyszedł. Szkoda, bo ukończył całe szkolenie, a zabrakło ostatniego wymogu, by mógł otrzymać dyplom. Dla nas lekcja była ekscytująca, ale i mocno stresująca ze względu na niepełny skład i improwizację. Z kolei drugi kolega - Thabang - wzruszył nas swoim przejęciem (w ogóle nie mógł spać poprzedniej nocy), dobrze się przygotował i bardzo pomógł z tłumaczeniem na Sotho. Dobrze, że możemy razem pracować.


Na rozstaju dróg

(20-06-2010) - Dodał:Redakcja

4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBNpmPyaybI/AAAAAAAADSw/jTW_uFYz1RU/s400/_IGP6080.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBNpkhyeLHI/AAAAAAAADSo/q1J367n1ZY0/s400/_IGP6129.JPG

Ukończyliśmy niedawno 5-cio tygodniowe szkolenie, które dało nam kwalifikacje, by nauczać programu "Crossroads" "Na rozstaju dróg" ) w szkołach. Już po wakacjach z okazji Mistrzostw Świata zaczynamy uczyć w siódmych (ostatnich) klasach podstawówki. Nie jest to jednorazowa wizyta, ale cotygodniowe spotkania przez cały rok szkolny. Program niesie konkretne ewangelizacyjne przesłanie, daje młodzieży solidne fundamenty na których mogą zbudować swoje życie i mówi o kwestiach, o których zwykle nikt z nimi nie rozmawia. Przez ten czas jest szansa zaprzyjaźnić się z uczniami i nawiązać kontakt z rodzicami. Tematy poruszane na zajęciach to: charakter, uczciwość, przyjaźń, relacje w rodzinie, budowanie przyszłości, używki, AIDS, seks i małżeństwo, odpowiedzialność za siebie i innych ludzi... Jest czas na wyświetlenie filmu "Jezus", a program przeplata się z osobistymi świadectwami nauczycieli.


Poznajcie dzieciaki z Meetse i módlcie się o nie razem z nami!

(12-06-2010) - Dodał:Redakcja

(* Imiona dzieci z Meetse musimy na publicznej stronie internetowej pozmieniać, ze zdjęciami też trzeba ostrożnie - to dla ich dobra, dziękujemy za zrozumienie.)

Thepo
Pełen energii chłopiec - nie da się go nie zauważyć. Jego mama i tata zmarli jakiś czas temu. Jest bardzo zwinny - przez 2 miesiące mieszkał sam w domu za zamkniętą bramą, nauczył się wtedy przeskakiwać przez płot i zdobywać jedzenie na ulicy. W tej chwili mieszka z dalekimi krewnymi. Jest najsprytniejszy ze wszystkich dzieci - dokładnie wie, jak zmanipulować dorosłych. Jego zachowanie zdaje się krzyczeć "kochaj mnie". Nauczycielki z jego szkoły powiedziały, że Thepo zawsze czeka na szkolnym podwórku na przyjazd misyjnego busa. Któregoś razu zerwała się wielka burza, ale Thepo jako jedyny nie chciał schronić się w budynku. Uparcie stał w strugach deszczu. Wytłumaczył nauczycielkom, że czeka na swojego przyjaciela.

Botho
Mała dziewczynka, ma słodką buzię i duże oczka. Któregoś razu Szczepan zauważył, że ma na ramieniu świeżą bliznę - wyryte jakimś ostrym przedmiotem swoje imię. Co to jest? - zapytał. Tatuaż - wyjaśniła mała. Skąd go masz? - drążył Szczepan. Wyryli mi go mój brat i siostra - odpowiedziała Botho.

Phalaselo
Niewiele wiadomo o rodzinie Phalaselo, ale szybko rzuca się w oczy jego nerwowość. Podczas gry w piłkę jest agresywny, na lekcjach nie może się skupić. Jest najzdolniejszym z indywidualnych uczniów Szczepana i powoli pozwala się ze sobą zakolegować. Ostatnio siostra Phalaselo poinformowała załogę Meetse że chłopiec zaczął wąchać klej. Prawdopodobnie nie jest jeszcze uzależniony.


Szczepan i dzieciaki

(12-06-2010) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBM30jL6_DI/AAAAAAAADSQ/mDdp5vuSWzg/s400/_IGP6013.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/TBM325n1VDI/AAAAAAAADSY/UKxz18tF-CQ/s400/_IGP6141.JPG

Szczepan ma interesujących kolegów. Niektórzy mają po kilka lat, niektórzy po kilkanaście. Bez zażenowania pokazują środkowy palec w znanym geście, domagają się pieniędzy, obśmiewają misjonarzy w języku Sotho. Wiedzą, że ujdzie im to płazem, bo misjonarze i tak nie zrozumieją. Czasem histerycznie płaczą bez powodu, czasem są agresywni i biją się między sobą. Świat patrzy na te dzieci i widzi zniszczone szkolne mundurki z dawno za krótkimi nogawkami i rękawami, dziurawe buty, potargane włosy. Widzi małych dzikusów, którzy jedzą palcami, bezczelnie domagają się swego i wiedzą, jak przetrwać na ulicy.

Jezus widzi je inaczej. Dobrze zna ich domy, wie kto ma chorych na AIDS rodziców, kto doświadcza przemocy i molestowania, kto jest na świecie sam jak palec. Tylko On wie gdzie podziewał się chłopiec, którego po śmierci mamy przez wiele miesięcy nie miał kto przygarnąć. Tylko On wie, skąd kilkuletnie dziewczynki nauczyły się wulgarnych gestów. Tylko On ma odpowiedź, która nie tylko zapełnia talerz, ale też leczy serce i odbudowuje osobowość. Jezus troszczy się o te dzieciaki i wierzymy że to On stworzył dla nich centrum w Mamelodi, które ma już swoją oficjalną nazwę: Meetse a Bophelo (Fontanna Życia).

Każdego popołudnia do Meetse przyjeżdża busik 24 najbardziej zaniedbanych dzieci z trzech slumsowych szkół. Dzieciaki wysypują się na zielony trawnik, biegną po piłkę, wskakują na huśtawki. Wkrótce zaczyna się rytuał przymuszania, by każde umyło ręce. Z kuchni pachnie już lunch. Jedzą solidną porcję kaszy kukurydzianej, kawałek mięsa, warzywa. Czasem jest deser, owoce, jogurt - niesamowite błogosławieństwo dla tych zaniedbanych ciałek. Misjonarze jedzą razem z dziećmi, dawno przestali się przejmować, że posiłki przygotowane są z przeterminowanych produktów, ofiarowywanych przez znaną sieć supermarketów. Szczepan musi szybko skończyć posiłek, bo chłopaki chcą zdążyć rozegrać jeszcze jeden mecz przed rozpoczęciem zajęć.

Wkrótce Alma, szefowa ośrodka, daje sygnał gwizdkiem i dzieciaki gromadzą się, by posłuchać historii biblijnej. Nie jesto to typowa publiczność - słuchają nieuważnie, śmieją się i robią miny, nie mają chęci śpiewać piosenek. Nie jest lekko. Ale codzienne nauczanie o Bogu, tydzień po tygodniu, połączone z miłością i troską, musi w końcu wydać owoc.

Potem jest czas na lekcje. Szczepan ma pod opieką trzech najtrudniejszych chyba chłopców. Na lekcji nie ma przymusu, nie ma krytyki. Zachęty i pochwały działają na dzieci jak lekarstwo, ale proces jest powolny. Materiały dydaktyczne są nędzne, trzeba opracować jakiś plan działania. Szczepan wymyśla zadania z matematyki i lekcje geografii. Chłopaki lubią ładne auta, więc uczą się literek na magazynie motoryzacyjnym. Wiemy, że spędzanie każdego popołudnia w taki sposób daje tym dzieciom realną szansę. Wierzymy, że wielu z nich się jej uchwyci.


Pomoc przybiera też często bardzo praktyczny wymiar - dzieci wracają do domu z workiem kaszy, z paczką jedzenia, z nowymi butami. Ostatnio każde z nich dostało porządną zimową kurtkę - cóż to było za święto! (Temperatury spadaja w nocy blisko zera, a dzieci mieszkają w slumsowych chatkach z blachy falistej.) Dzieci przechadzały się w nowych kurteczkach, urządzając prawdziwy pokaz mody i dumnie pozując do zdjęć.


Pożegnanie

(25-05-2010) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S-756SLt-LI/AAAAAAAADQA/pLqtBKuPZ40/s400/_IGP5804.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S-753NVZ-uI/AAAAAAAADP4/Unn4kIrQVl8/s400/_IGP5840.JPG

Wyjeżdżamy z poczuciem spełnienia. To były cudowne dni, w których mogliśmy doświadczać Boga, przekraczać własne ograniczenia. Poznawaliśmy ludzi w ogromnej potrzebie, od których jednocześnie tak wiele mogliśmy się nauczyć. Wiemy, że wielu z nich przekazaliśmy najważniejsze na świecie Przesłanie.

Wierzymy że nasz pobyt tam miał głęboki sens, chociaż wielokrotnie czuliśmy się bezradni wobec problemów tej wsi. Podobnych miejsc w samej Południowej Afryce są dziesiątki, setki, może tysiące. Potrzeba ludzi, którzy będą tam mieszkać na stałe i troszczyć się o tych ludzi. Trzeba, by modlitwy wierzących były głośniejsze niż bębny czarowników, tłukące co noc.

Życie na wsi jest trudne. Zmagania z tropikalnym klimatem. Pilnowanie, by nie zabrakło wody, by był ogień. Brak lodówki. Toaleta bez spłuczki. Twarda ziemia. Cuchnąca rzeczka, w której na płaskich kamieniach kobiety co sobotę robią pranie. Zatłoczone szkoły, dzieci bez wielkich perspektyw i praktycznie żadnych możliwości rozwoju. Mężczyźni, których jakby nie było. Potworne tajemnice rodzinnych patologii, skrzętnie ukrywane przed sąsiadami. Pedofilia i kazirodztwo. Aids. Analfabetyzm. Dziwne kościoły. Czary. Inny świat jest tak daleko, że nawet nie warto o nim myśleć. Ale wieś wkradła się w nasze serca. Moglibyśmy tutaj mieszkać - stwierdził po kilku dniach Szczepan.

Mogłoby się zdawać, że nasza tożsamość to wynik naszych umiejętności, tego czym się zajmujemy. Jeśli w Warszawie jesteśmy ludźmi, którzy kochają media, dźwięk, grafikę, to cóż to znaczy w Gazankulu, bez prądu i cywilizacyjnych udogodnień? Zostaje tylko Jezus i pragnienie, by pokazać ludziom Jego miłość. To samo w Warszawie, w Pretorii, w Belfaście.


Wpadka w wielkim stylu

(09-05-2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S-KZER0TxTI/AAAAAAAADLk/6uonVGFoGec/s400/_IGP5529.JPG

Dostaliśmy w pewnym momencie propozycję, by wyświetlić mieszkańcom wsi film "Jezus" - opowieść, która przedstawia wydarzenia zapisane w Ewangeliach, z tłumaczeniem na afrykańskie języki (z lektorem!). Film daje dobre podstawy, żeby zakończyć wieczór wezwaniem do pojednania z Bogiem i pójścia za Jezusem. Pomyśleliśmy, że to będzie piękna ewangelizacja i wzięliśmy się do działania. Chodziliśmy więc po wsi, gwiżdżąc w gwizdki i pokazując ludziom plakat:

Jesu Bioskope,
Namuntiha, 18.00
Christian Fellowship,
Belfast.

Słońce zaszło, kościół napełnia się ludźmi, walczymy przez jakiś czas z pożyczonym projektorem - staruszkiem, w między czasie śpiewamy z dzieciakami piosenki. Wreszcie projektor zaczyna działać, wszystko rozpoczyna się z klasycznie afrykańskim, godzinnym opóźnieniem. Włożyliśmy do odtwarzacza płytę z filmem, który przywieźli nam liderzy, oglądamy.

Po 40 minutach twarda podłoga zaczyna męczyć, marzymy o prawdziwym krześle...
W tym czasie Maria odwiedza Elżbietę, a Herod urządza huczne przyjęcia.
Jesteśmy jednak zachęceni, bo zauważamy, że ludzie poprzynosili z domu krzesła i siedzą na polu, przed otwartymi drzwiami kościoła, i oglądają film razem z nami. Udało się uzbierać ładny tłum osób w różnym wieku.

Po półtorej godzinie podłoga usłana jest śpiącymi dziećmi. Część dorosłych także śpi. Sami walczymy z sennością (na wsi wstaje się ok. 4.00, my wstajemy po 3.00, 20.30 to późny wieczór). Maria i Józef podróżują do Betlejem. Mędrcy ze wschodu widzą gwiazdę. Coś nam się nie zgadza.

Po dwóch godzinach Szczepan zaczyna oglądać pudełko filmu. Zauważa: to nie film"Jezus", tylko "Jezus z Nazaretu"! Pastor z sąsiedniej wsi przez pomyłkę pożyczył nam inny film. Czas trwania: 380 minut - przeszło 6 godzin! Wiemy, że nikt tyle nie wytrzyma, nawet my. Zastanawiamy się, czy przewinąć do ukrzyżowania, czy powtórzyć projekcję w inny wieczór. Kończymy krótkim kazaniem ewangelizacyjnym i zapraszamy wszystkich na najbliższą niedzielę.

Jesteśmy zażenowani, zawstydzeni i rozbawieni jednocześnie. Wieczór, o który bardzo się modliliśmy, okazał się być zupełnie inny, niż planowaliśmy. Powiedzmy to otwarcie: totalna klapa. Mamy nadzieję, że ludzie nam przebaczą i przyjdą znów.

W niedzielę popołudniu znów chodzimy po wsi z plakatem i gwizdkami. Pod wieczór zrywa się straszna burza, zalewa nasze namioty, próbujemy ugotować w deszczu kolację, jesteśmy zmoknięci i przemarznięci. Jak będziemy oglądać film? - zastanawiamy się. Deszcz uderzający w blaszany dach kościoła tworzy okropny hałas, zagłuszy wszystko.

Na miejscu czeka nas zaskoczenie. Kościół szybko zapełnia się ludźmi, siedzą znacznie ciaśniej, niż poprzednio. Okazuje się, że nieudana projekcja sprzed kilku dni podziałała jak reklama. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem cichnie deszcz, rzędy krzeseł ustawiają się na polu, przyszło mnóstwo ludzi. Oglądamy dwugodzinny film. Jeden z misjonarzy tłumaczy, co oznacza śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa dla każdego z nas. Inny, zwykle bardzo nieśmiały misjonarz spontanicznie wyrywa się, by opowiedzieć, kim dla niego jest Jezus. Płomiennie przemawia, a na koniec konfrontuje widownię z wyborem, który każdy musi podjąć osobiście. Zignorujesz Go, odwrócisz się od Niego, czy stanie się największą miłością twojego życia? Nie ma nic pomiędzy.

Nie wzywamy do publicznych deklaracji, bo jesteśmy wcześniej ostrzeżeni - w tutejszej kulturze uprzejmość wymaga, by przyjąć tego rodzaju zaproszenie. Wszyscy by wstali, wszyscy by podnieśli ręce na znak przyjęcia nowej wiary, byle nas tylko nie zasmucić. Moglibyśmy Wam później opowiedzieć o "cudzie w Belfaście", po którym za tydzień nie byłoby śladu.

Po przemowie z głębi serca nastaje moment ciszy, czas na refleksję i podjęcie osobistej decyzji. Co ty zrobisz z Ewangelią? Wierzymy, że Bóg dotknął wielu osób. Nie będziemy może oglądać owoców tego wieczora, widzieliśmy tylko powagę na twarzach zebranych ludzi. Dobrze, że nie wszystko dzieje się według naszych planów.


Wiele cudów uczyniłeś, Panie, Boże mój, A w zamysłach twoich wobec nas nikt ci nie dorówna. (Psalm 40:6)


Porozmawiajmy o seksie

(09-05-2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S9vfyiVZYeI/AAAAAAAADKw/11Tub098ABk/s400/_IGP4774.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S9vf0vmWg3I/AAAAAAAADLA/lmW9m7uCNBA/s400/_IGP4778.JPG

Przygotowujemy się do spotkania z młodzieżą z kilku okolicznych kościołów. Porozmawiajmy z nimi o seksie - pada pomysł. Potrzebę widać gołym okiem, nie musimy się nawzajem przekonywać, że to ważny temat. Obserwujemy jak silnie, nawet w kościołach, chrześcijaństwo zderza się z miejscowymi tradycjami. Dziewczyna, by mogła być dobrą kandydatką do zamążpójścia, powinna udowodnić swoją płodność. Dopiero kiedy urodzi jedno lub dwoje dzieci, można poważnie rozważać założenie rodziny (albo nie). Afrykańskie chłopaki absolutnie nie wierzą w "kupowanie kota w worku". W związu z czym, nastoletnie dziewczynki wierzą bardzo mocno, że:
1) chłopcy mają prawo do seksu, bo nie potrafią bez niego żyć,
2) antykoncepcja nie ma sensu, bo jest przeszkodą dla ewentualnego ślubu w przyszłości,
3) AIDS i inne choroby zdarzają się gdzie indziej, ale nie w ich własnej wsi,
4) zmiana obowiązującego porządku rzeczy jest absolutnie niemożliwa.
Oprócz tego, pokolenie rodziców jest zgodne, że na te tematy nie należy rozmawiać, bo są wstydliwe i nieprzyzwoite.

Nasza misyjna ekipa jest pod tym względem prawdziwą ciekawostką. Nie żeby kultury, z których pochodzimy, promowały jakieś znacząco inne standardy moralne. Ale jak się tubylcy dowiadują, że wśród dziewczyn: 26 lat - mężatka, 19, 20, 22, i 30 - panny, żadna nie ma dzieci, wybuchają śmiechem i zachodzą w głowę, jak to możliwe. Ewidentnie myślą, że jesteśmy z innej planety.

Pomysł jest, do przygotowania całe popołudnie, wśród dziewczyn praca wre... (spotkania zaplanowaliśmy osobno dla dziewczyn i dla chłopaków). A tymczasem nasi misjonarze snują się wokół, Szczepan zaczyna się irytować brakiem konkretów, jeden z kolegów mówi, że można ogólnie powiedzieć o Biblii i Panu Bogu... Okazuje się, że sami misjonarze mają poważny problem, żeby mówić na ten temat, bo w ich kulturze i w ich kościołach to także jest temat tabu (Hong Kong, Papua Nowa Gwinea). Dla Boga to nie jest temat tabu - przekonujemy ich, Biblia mówi o naszej seksualnośc dużo i otwarcie. I choć to delikatny temat, Bóg nie może być zażenowany czymś, co sam stworzył. Przełamują się ostatecznie, bo widzą potrzebę. Wiemy, że nie będzie im lekko.

Samo spotkanie jest bardzo szczególne. Na spotkaniu "kobiecym" dzielimy się historiami zranień, które uleczył Bóg i decyzji, które choć niepopularne, zmieniły nasze życia. Temat jest taki pojemny...! Wiemy, że nim pójdziemy dalej, musimy najpierw nakreślić zdrowy obraz relacji i małżeństwa, przewartościować świat tych młodych kobietek. Dla nich małżeństwo nie jest czymś cennym ani szczególnym, pod co warto byłoby budować solidny fundament. Na początku spotkania sklejamy ze sobą dwie kartki papieru, pod koniec je rozklejamy, zostają strzępy. To ma na myśli Biblia, mówiąc że dwoje ludzi staje się jednym ciałem - tłumaczymy. Jeśli kartki zostały rozdarte, tylko Bóg może nas na nowo posklejać. Nie tylko może, ale i chce.
Mówimy bardzo otwarcie i z serca, ale czujemy się trochę bezradne, ciężko jest przeskoczyć mur głęboko zakorzenionych przekonań. Jesteśmy później zaskoczone naszą niewiarą. Dyskusja po spotkaniu przeciąga się jeszcze długo, dziewczyny otwierają się, szukają odpowiedzi, opowiadają o sobie, nazywają rzeczy po imieniu. Rozmawiamy o poczuciu winy, o szczęściu i poszukiwaniu Boga. Modlimy się potem z nimi, niektóre płaczą. Okazuje się, że większość ma już dzieci, żadna nie jest mężatką.
Męskie spotkanie jest może nieco mniej emocjonalne, ale równie wymowne. Szczepan mówi bardzo bezpośrednio i konkretnie. Stara się przemówić chłopakom do wyobraźni, uczy, że miłość wymaga odpowiedzialności. Seks w małżeństwie jest cudowny!- przekonuje chłopaków. To jak z czekoladą, to że jest dobra, nie znaczy, że można ją po prostu ukraść ze sklepu. Mówił też o godności kobiet. Czy jesteście świadomi, że to są córki samego Boga? Czy wiecie, co bym wam zrobił, gdybyście skrzywdzili moją córkę? - chłopaki są raczej pewni, że nie chcieliby doświadczyć takiej konfrontacji. Rozmawiają o samokontroli, o budowaniu swojej przyszłości. Słyszą o Bożym przebaczeniu i cenie, jaką zapłacił za nie Jezus. Chłopcy także zaskakują otwartością, są spragnieni rozmowy. Przyjdzcie do nas znowu - zapraszają. Umawiamy się na za tydzień.


Bia-ła-sy! Bia-ła-sy!

(09-05-2010) - Dodał:Redakcja

4.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S9sp-qJIsQI/AAAAAAAADJQ/_pnypVFZ8Zg/s400/_IGP4692.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S9suDgeKd1I/AAAAAAAADKA/djNyrwEJ1XA/s400/_IGP4547.JPG

Idziemy sobie pewnego razu wiejską drogą, jak zwykle wzbudzamy żywe zainteresowanie wszystkich napotkanych dzieci - machają łapkami, przybijają piątkę, snują się za nami, sprawdzają, czy nie dałoby się przy okazji zorganizować jakiś cukierków od przybyszy z zagranicy. W pewnym momencie słyszymy zadziwiająco skoorynowany chór dziecięcych głosów, skandujących jakieś słowo. Okazuje się, że to wychowankowie miejscowego przedszkola stoją przed budynkiem i krzyczą coś do nas. Co one wołają? - pytamy Jeniffer, która najpierw próbuje się wymigać, ale wreszcie odpowiada. Krzyczą za wami "bia-ła-sy", tłumaczy nam z uśmiechem pełnym zakłopotania. Większość z tych dzieci nigdy w życiu nie widziała białych ludzi. Ależ my nie jesteśmy biali, jesteśmy różowi - śmiejemy się.

Niedługo później wybieramy się do tego właśnie przedszkola opowiedzieć dzieciom o Wielkanocy, bawić się z nimi, modlić się o nie i śpiewać piosenki. Trochę ciężko zacząć, bo niektóre dzieci na nasz widok płaczą z przerażenia - zdaje się, że jesteśmy dla nich uosobieniem brzydoty i straszymy je swoim wyglądem. Nie wiedzieć czemu, jeden kolega - misjonarz budzi w nich szczególnie silne emocje. Doprawdy nie chciałabym wiedzieć, co czuł, gdy dzieci uciekały na jego widok z krzykiem! Lody pękają gdy tylko zaczynamy puszczać wielkie mydlane bańki - na początku maluchy też się ich boją, ale potem są rozradowane i zafascynowane. Uznają nas za przyjaciół.

Spędzamy z nimi cenne, roześmiane chwile. Wracamy do przedszkolaków następnego dnia. Zaczynamy powoli rozumieć, że przedszkole polega na siedzeniu na podwórku pod opieką trzech pań, które łuskają orzeszki ziemne, przebierają liście dyni, i nie mają absolutnie żadnych zabawek ani pomocy dydaktycznych. Wiele dzieci jest brudnych, chorych, mają otwarte rany na główkach, do których natychmiast zlatują się muchy. Odgrywamy przed nimi dziecięcą wersję historii Jezusa, maluchy wciągnęła przede wszystkim nasza marna gra aktorska, ale jedna z opiekunek jest szczerze pochłonięta opowieścią i widać, że wsłuchuje się w każde słowo. Gdy bawimy się potem z dziećmi, przedszkolanka nagle otwiera się przed nami, zaczyna opowiadać o swoim życiu samotnej matki, zmaganiach, obawach o przyszłość, problemach w kościele. Spędzamy z nią trochę czasu, modlimy się o nią, dajemy jej w prezencie jej pierwszą Biblię w języku, który rozumie. Wizyta białasów dobiega końca, a to przedziwne przedszkole pełne malutkich zaniedbanych skarbów i ich dzielne opiekunki pozostają szczególnie blisko naszych serc.


Dawid i Goliat

(25-04-2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8rsSLJYT6I/AAAAAAAADHs/K9T5u2xt91U/s400/_IGP5457.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8rr30P6HDI/AAAAAAAADHc/hq-WnHW23Z0/s400/_IGP5470.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8rr3XIQ_4I/AAAAAAAADHM/bANi0i8x1eo/s400/_IGP5469.JPG 1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8rsSasrnNI/AAAAAAAADH0/Jd0VS2a5D6g/s400/_IGP5451.JPG

Dzieciaki jak codzień czają się za płotem, obserwują nasz każdy krok, a gdy jesteśmy gotowi, by pooprowadzić zajęcia na pobliskim boisku, w mgnieniu oka zbiera się spory tłumek.

Jak zwykle śpiewamy ich ulubione piosenki, modlimy się o nie. Tym razem na "scenę" (lekkie wzniesienie pod dużym drzewem) wkracza wielki mężczyzna w pełnej zbroi (Szczepan), biega i łaskocze dzieciaki, one uciekają z piskiem. Opowiadamy historię o zwycięstwie Dawida nad Goliatem, jednym z aktorów staje się najmniejszy z chłopców. Rzuca papierową kulką w wielkiego Szczepana, krew rozpryskuje się na jego twarzy (ketchup), olbrzym pada nieżywy na ziemię, maluch z satysfakcją "obcina" mu głowę. Widownia jest zafascynowana, w historię wciągają się też nastolatki stojące niby na uboczu.

Czy znacie jakiegoś olbrzyma? - pytamy pod koniec. Nie! - odpowiadają szczerze dzieci. A co ze strachem, który dopada w nocy, z trudnościami w szkole, z kłopotami z rodzicami, z niesprawiedliwością albo smutkiem, co kiedy źle się czujemy, kiedy ktoś nas skrzywdzi, kiedy jesteśmy chorzy - wyliczamy. Czy to nie jest dla nas taki sam olbrzym, jak Goliat dla Dawida? A czy wiecie, że nawet najmniejszy chłopczyk może pokonać wielkiego olbrzyma, jeśli poprosi o pomoc Pana Boga? To dlatego, że Bóg jest silniejszy, niż największy olbrzym, największy smutek i największa krzywda na całym świecie!

Głośno odśpiewujemy "My God is so big", dzieci pokazują małymi ramionkami, jak wielki jest Bóg. Widzimy w nich szczere przejęcie i zaufanie. Modlimy się, żeby Bóg kształtował ich serca, żeby użył tych prostych lekcji biblijnych, na które przychodzą codziennie z taką radością.


Niezwykła sesja, niezwykła radość

(25-04-2010) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8q3W66WcCI/AAAAAAAADE0/3g6L6mut4TA/s400/_IGP5293.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8q3WqqEYbI/AAAAAAAADEs/qGHQQp2lPiw/s400/_IGP5294.JPG 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8q270RrxdI/AAAAAAAADEE/nf4DVLCdFvo/s400/_IGP5315.JPG 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8q28Gnhw5I/AAAAAAAADEM/nc7o_Hy9_as/s400/_IGP5314.JPG

Pewnego razu, zupełnie nieoczekiwanie droga powrotna z kliniki wydłuża się z pół godziny do pół dnia. Przystanek pierwszy: wita nas mężczyzna, jak na te okolice jest wyjątkowo zadbany i duży, zresztą tak samo jak i jego dom. Zamienia z nami kilka słów i odsyła na podwórko z tyłu budynku. Tam spotykamy kobietę w średnim wieku i gromadę dzieciaków. Spędzamy z nimi trochę czasu i zupełnie nie rozumiemy, dlaczego wzbudzamy w nich tyle radości. Kobieta częstuje nas zimnymi napojami, wręcza nam wiadro orzeszków ziemnych, kręci się trochę w kółko i sama nie wie, co ma ze sobą począć. Jest szczęśliwa i wzruszona. Trochę rozmawiamy, modlimy się o jej chore stopy. My też jesteśmy zakłopotani, ale miło nam z powodu jej pięknej gościnności.

W innych sytuacjach dzieciaki są raczej nieśmiałe i ostrożne, ale tu wydają się być bardzo otwarte i rozbawione. Szczepan spędza z nimi chwilę czasu, one szybko zauważają jego aparat fotograficzny i urządzają sobie spontaniczną sesję zdjęciową. Robią minki, podchodzą blisko, śmiało patrzą w obiektyw. Robienie zdjęć stało się pretekstem, by każde z nich mogło mieć swoje pięć minut. Obserwuję ukradkiem, jak rozwija się ten radosny spektakl, rodzi się więź, rozbrzmiewa śmiech, rośnie zaufanie. Sesja zaowocowała: są piękne zdjęcia i ulotne wspomnienie chwili, którą chciałoby się zatrzymać na dłużej.

Po powrocie do domu dowiadujemy się, że mężczyzna którego spotkaliśmy jest zamożny, bo udziela ludziom wysoko oprocentowanych kredytów. Jest czarownikiem, a jego matka jest najpotężniejszą sangomą (czarownicą) we wsi - sukcesy w tej dziedzinie mierzy się w liczbie kurczaków składanych na ofiarę, jej potrzeba krwi z przynajmniej dziesięciu kurcząt dziennie. Natomiast jego żona - kobieta którą odwiedziliśmy, jest gorliwą chrześcijanką. Mąż nie pozwala jej chodzić do kościoła ani spotykać się z wierzącymi, dla nas zrobił wyjątek tylko dlatego, że jesteśmy obcokrajowcami. Pastorka powiedziała, że kobieta od bardzo dawna nie uczestniczyła w żadnym nabożeństwie, że nikt się nigdy z nią nie modlił w jej domu, i to dlatego była tak szczęśliwa. Dla niej nasze odwiedziny to był cud. Była wygłodniała kontaktu z wierzącymi, a Bóg przysłał skondensowany globalny Kościół na jej własne podwórko.


Miałam sen

(25-04-2010) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8bJAkh4FbI/AAAAAAAADB0/lD3Js7Ahwes/s400/sasiadki+podworko.jpg

Wyruszamy po raz pierwszy odwiedzać ludzi w domach, ja, kolega z Austrii, Jeniffer jako tłumacz. Tuż przed wyjściem modlę się: Boże, oby ktoś dzisiaj nawrócił się do Ciebie! Jako pierwszą odwiedzamy naszą sąsiadkę. Dowiadujemy się, że jest Sangomą, praktykującą czarownicą - troje naszych sąsiadów jest blisko związanych z magią. Ładna kobieta około 40-tki wita nas na ganku, siedzi raczej wyjściowo ubrana, właśnie jadła obiad. Woła "avuxeni" - dzień dobry - i kończy ogryzać kurze łapki. Przysiadamy się i zaczynamy rozmawiać.

Kobieta mówi, że właśnie wróciła ze szkoły - popołudniami uczy się czytać i pisać. Opowiada, że to dla niej bardzo ważne, że ma troje małych dzieci i wstyd jej, że są lepiej wykształcone, niż ona. Mówi trochę o swoich zmaganiach z poczuciem własnej wartości, o swojej przeszłości - w Mozambiku nie miała możliwości skończyć szkoły. Pytam ją o pewną Bardzo Szczególną Książkę, rozmawiamy chwilę o Biblii, okazuje się, że ma w domu Pismo Święte w swoim języku, w Shangan. Czytam dla niej Psalm 139, widzę poruszenie na jej twarzy, widzę, że słucha uważnie.

W lekkim chyba zakłopotaniu "duchowymi tematami", moja rozmówczyni zmienia tory rozmowy. Pyta, co oznacza przypinka, którą mam na piersi - czerwona wstążeczka. Dostała taką samą na warsztatach dla czarownic, ale nie wie, co ona przedstawia. Staram się przekazać jak najwięcej potrafię na temat AIDS, mówię o prawidłowym postępowaniu, o wspieraniu chorych. Sąsiadka przedstawia obraz idealny, z pewnością nierzeczywisty - my tutaj dobrze wiemy jak postępować, dbamy o naszych chorych, u nas prawie nikt nie ma HIV, to jest problem gdzie indziej... Dowiaduję się, że czarownice uczą się na warsztatach, by nie leczyć chorych na AIDS zaklęciami, ale odsyłać ich do kliniki - przedziwne, jak rozum miesza się tu z magią.

Rozmawiamy też o czarach. Staram się zrozumieć jej sposób myślenia, staram się szanować jej świat wartości, ale jednocześnie dać jasno do zrozumienia, że nie można pogodzić chrześcijaństwa z magią, trzeba wybrać: Jezus albo Sangoma. Czuję, że nie jestem w stanie jej przekonać, ale zależy mi, żeby znała Biblijną perspektywę w tym temacie.

Odwiedziny trwają już dość długo, ale Duch Święty nie pozwala odpuścić. Pytam, czy mogę opowiedzieć, dlaczego tutaj jestem. Mówię jej, że oboje z mężem zrezygnowaliśmy z pracy i zostawiliśmy naszą rodzinę w Polsce z jednego powodu: żeby dzielić się tu, w Afryce, pewną strasznie ważną wiadomością. Opowiadam o Jezusie i o tym, co zdziałał w moim życiu. O tym, jak ludzie nie mogli mnie do niczego przekonać, ale sam Bóg przekonał mnie do siebie przez swoje Słowo. I że nikt i nic nie jest w stanie zanegować Jego miłości dla mnie, bo wiem, że nie powstrzymał go ani mój grzech, ani śmierć, ani grób. Kiedy kończę, nie jestem pewna, czy nie gadałam za długo, zbyt dużo. Wyczuwam, że atmosfera jest taka jakaś szczególna. Modlę się w duchu, by słowa przyniosły owoc.

Jeniffer patrzy na mnie wymownie i mówi: możesz ją teraz zapytać, czy nie chciałaby wybrać Jezusa. Pytam więc, radośnie i lekko niepewnie - bo w końcu nigdy wcześniej nie przyprowadzałam nikogo tak po prostu, po jednej rozmowie, do wiary. Kobieta mówi, że tak, że chce wybrać Jezusa. Modlę się z nią, i to jest tak niesamowity, święty moment.

Później ona zaczyna opowiadać: wszystko co powiedziałaś, było dla mnie tak bliskie, że czułam, że sam Bóg przygotował każde słowo. Nie mogłaś o mnie wiedzieć tego, co było potrzebne, by poruszyć moje serce. Wiem, że to On się o mnie upomniał. Wczoraj miałam sen, mówiłam o nim rano mojemu mężowi. Śniło mi się, że troje ludzi przyszło do mnie i czytali mi Biblię. Wiem, że Bóg przysłał Was, by mnie uratować.


Belfast Clinic

(16-04-2010) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8Dbn66suhI/AAAAAAAADBk/hlKXDwVc15k/s400/clinic2.jpg

Odwiedzamy klinikę 2 razy w tygodniu, wczesnym rankiem. Teoretycznie to przychodnia, ale wygląda bardziej jak szpital. Przygotowujemy zawsze kilka pieśni, kilka osób opowiada o działaniu Boga w swoim życiu, wszystko kończy się czytaniem Biblii i kazaniem ewangelizacyjnym. Dzięki uprzejmości personelu możemy zrobić nieco zamieszania w holu, gdzie czeka zwykle kilkadziesiąt osób. Rozdajemy później broszury ewangelizacyjne w Shangan i w osobnym pokoju modlimy się o chorych.

Porozumiewamy się przy pomocy tłumacza, ale cierpienie jest wszędzie takie samo, nie potrzeba języka. Przychodzi do nas wiele osób, znamy tylko ich imię i chorobę. Kiedy pytamy o Jezusa większość deklaruje, że są chrześcijanami. Szybko okazuje się, że to raczej wyraz ich uprzejmości, niż faktyczne wyznanie wiary.

Rozmawiamy trochę o Bogu, który kocha i który jest zazdrosny. Dzielimy się nadzieją, która sięga w wieczność. Choroba ciała, to nie jest najgorsze, co może się człowiekowi przytrafić - tłumaczę. Fizyczna choroba może odebrać nam życie, ale prędzej czy później każdy z nas i tak umrze. To jest fakt, tu nie ma wyjątków. To ciało za jakiś czas z pewnością będzie martwe, a wtedy wszyscy staniemy przed wiecznym i świętym Bogiem. Dlatego nie ma nic ważniejszego na całym świecie, niż stan Twojej duszy - od tego, czy jesteś pojednany z Bogiem, zależy Twoja wieczność. Pismo Święte jest w tej kwestii nieznośnie klarowne: prawo-lewo, tak-nie, niebo lub piekło, Jezus lub Szatan, nie można jednocześnie służyć dwóm panom. A tym jest też nasza nadzieja: choćbyś był zbolały i odrzucony, w Jezusie jesteś zawsze doskonale bezpieczny. A Bóg wszystko może uczynić, uzdrowić, przywrócić życie. Wszystko. Warto mu ufać!

Ludzie, z którymi się modlimy, mają najczęściej AIDS lub raka, cierpią ból i odrzucenie ze strony bliskich. Wstawiamy się za nimi i nieraz napełnia nas wielka radość i dziękczynienie - oczami wiary widzimy, jak Bóg zmienia ich życia. Prosi nas o modlitwę jedna z pielęgniarek: jej mąż właśnie zmarł, a ona dowiedziała się, że ma HIV, jest osłabiona i ciężko jej pracować. Przychodzi też opętana kobieta, już rozmowa z nią wzbudza wyraźny duchowy niepokój. W czasie modlitwy, gdy stoimy wszyscy dookoła niej i wołamy do Boga, oczy wychodzą jej z orbit i wygląda, jakby miała wyskoczyć pod sufit, jednak zostaje z nami do końca. Modlimy się też o chore dzieci i kobietę, która jest już praktycznie w trakcie porodu, położna mówi nam o poważnych komplikacjach. Godziny mijają niepostrzeżenie. Wychodzimy z kliniki wykończeni: fizycznie, emocjonalnie, duchowo.


Szkoły

(16-04-2010) - Dodał:Redakcja

3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8DNm29pAyI/AAAAAAAADA0/y-5TpfsoKxI/s400/szkola4.jpg 2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S8DNoGGTkNI/AAAAAAAADBM/8isp8Sw7Cu8/s400/szkola1.jpg

W kilkuosobowych grupkach przygotowujemy różne spotkania w szkołach. Choć to publiczne placówki, drzwi dla ewangelizacji są szeroko otwarte, możemy mówić co tylko chcemy. Wyzwaniem jest tylko ilość dzieciaków: w szkole podstawowej to prawie tysiąc, nie ma szans na bardziej osobisty kontakt, ciężko jest skoordynować jakiekolwiek gry czy zabawy, brak też oczywiście mikrofonu, trudno to wszystko ogarnąć. Udaje się jednak pokazać jakieś przedstawienie, wyjaśnić trochę dlaczego tu jesteśmy, opowiedzieć o Jezusie, pośpiewać, a dla starszych dzieciaków - poprowadzić studium biblijne.

Cieszy nas ciepłe nastawienie nauczycieli i entuzjazm maluchów. Szkoły wyglądają bardzo przyzwoicie, dzieci w mundurkach, solidne budynki. Niestety poziom kształcenia okazuje się być fatalny. Większość dorosłych ma trudności z czytaniem i pisaniem, dzieci często potrafią tylko napisać własne imię i policzyć do trzech. Klasy są zatłoczone, przeciętnie mają po 60-cioro dzieci, nauczyciele często strajkują, lekcje są odwoływane pod byle pretekstem. Nie ma miejsca i warunków na rozwój: gdy po raz pierwszy zaczynamy z dziećmi rysować, przez dłuższy czas oglądają z zaciekawieniem kredki i nie wiedzą, co z nimi zrobić. Nie znają żadnych gier czy zabaw prócz piłki nożnej, brak koordynacji ruchowej, brak podstawowej wiedzy. Widzimy też, jak szybko w odpowiednich warunkach ukazują się ich cenne talenty, jak wielki potencjał tkwi w tych dzieciaczkach, jakie są głodne możliwości, by się czymś wykazać. Myślę później często o ich przyszłości, pytam Boga co z nimi będzie, w jaki sposób można by im dać szansę. Modlę się, by wiele z nich żyło z Jezusem, inaczej niż ich rodzice.


Witamy w Cork

(16-04-2010) - Dodał:Redakcja

1.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S7-A4kU5d3I/AAAAAAAAC-M/U0XD-IF_x4w/s400/cork3.jpg 3.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S7-A4z8SOCI/AAAAAAAAC-U/8nyCrSZ5Yis/s400/cork2.jpg

Wsie do których się wybieramy leżą niedaleko granicy parku narodowego Krugera, całkiem już blisko Maputo. Uchodźcy przedostawali się najpierw przez granicę, a potem walczyli o przetrwanie uciekając przed lwami i innymi groźnymi drapieżnikami. Części z nich udało się osiedlić w tych ubogich rejonach, zapomnianych przez ludzi z miasta. Wiele tu niepełnych rodzin, większość przedzierała się "na raty" nie wszyscy dotarli do celu.

Zjeżdżamy wreszcie z asfaltu. Nasze obładowane busiki i przyczepki podskakują na wyboistej, piaszczystej drodze. Widzimy pochylone chatki, ubogie gospodarstwa, uśmiechnięte twarze ludzi machających nam na powitanie. Widzimy nędzę i prowizorkę, ale w porównaniu z miejskimi slumsami jest schludnie i czysto.

Gdy w Cork wysypujemy się z busików, błyskawicznie pojawiają się tłumy dzieciaków - nie wiadomo skąd i jak, ale po minucie jest ich już blisko setka. Kobiety z miejscowego kościoła nie mówią ani słowa po angielsku, ale ich twarze promienieją z radości. Wymieniamy kilka uprzejmych słów w Shangan, zaczynają się śpiewy, wkrótce wszyscy razem pląsamy w radosnym tańcu wdzięczności dla naszego Boga. Czujemy, że jesteśmy mile widziani i potrzebni.


Team Belfast

(16-04-2010) - Dodał:Redakcja

2.bp.blogspot.com/_ypibjTcWftw/S79-Obt7iaI/AAAAAAAAC-E/lABFKxZU2Ec/s400/team.jpg

Zespoły, w których wyjechaliśmy na ewangelizację zostały dobrane w taki sposób, żeby zderzyć ze sobą osoby, które w trakcie szkolenia nie miały okazji bliżej się poznać. Nic dziwnego, że listy z przydziałem do grup, wywieszone na tablicy ogłoszeń, nie wzbudziły ogromnego entuzjazmu - sama niespecjalnie wiedziałam, co myśleć o ludziach, z którymi mam spędzić kolejne 2 tygodnie. 10 osób, 8 narodowości, rozmaite charaktery, różni nas bardzo wiele: wiek, doświadczenie, kościoły z których pochodzimy, wreszcie - oczekiwania, z którymi wybieramy się do Gazankulu. Najbliższe dni będą uwypuklać te różnice, dając niepowtarzalne możliwości, by rozwijać się, kształtować, zmieniać... Żelazo ostrzy się żelazem!

Ostatecznie z niektórymi się bardzo polubiliśmy, innych - nauczyliśmy się cierpliwie znosić (i oni nas!), ale co bardzo ważne, udało nam się przez cały pobyt zachować jedność, jak na uczniów Jezusa przystało.



» Szukaj Wpisów
© 2007 - 2009 by Marwelln

Słowo na lipiec

Mp3 Player

Przyjaciele

Flash not found

Ankieta

Kto nas czyta? Zaznacz kim jesteś:

Rzymski-Katolik

Protestant-Ewangelicznie wierzący

Prawosławny

Niewierzący

Inny

Cytat...

"Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa." - LIST DO GALACJAN 3:26-27

Język/Language




Copyright Radmin© czerwiec 2006
Główna  Czytelnia  Biblia  Poezja  Zasady wiary  Dekalog  Słownik  Współpraca  Polityka prywatności  Kontakt

Prosimy o przestrzeganie praw autorskich. Przedruki dozwolone wyłącznie po uzyskaniu zgody Ewangelista.pl
Przedstawione materiały są zgodne z zasadami naszej wiary, nie jest to jednak jednoznaczne z pełnym poparciem prywatnych postaw i zasad wiary
poszczególnych autorów oraz prezentowanych przez nich poglądów.

PHP-Fusion PL

1,398,743 Unikalnych wizyt od czerwca 2006

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2010 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.


Treść reklam nie zawsze pokrywa się z poglądami redakcji.