Wątpliwości


Autor: Rev. Lech Foremski

Gdy po raz pierwszy postawiłem swoją nogę na chrześcijańskiej drodze, zauważyłem, że nie jest to jedyna droga, po której poruszają się ludzie wiary. Fakt ten jest jednym z wielu powodów, że ci, którzy stoją po stronie sceptycyzmu posiadają mylną koncepcję na temat chrześcijaństwa, często, ta wielotorowość interpretacji wiary, otwiera drzwi na różnego rodzaju wątpliwości, albo wprost fałszywe oczekiwania przez opacznie rozumiany charakter naszej nadziei, pokładany w osobie Jezusa Chrystusa. Przy tej okazji przypomina mi się mój znajomy, który przyjął bezkompromisową wiarę, że każdego proszącego o uzdrowienie, Bóg "musi" uzdrowić. Twierdził, że jego wiara nie jest bezpodstawna, ponieważ Bóg przyrzekł wszystkim w Niego wierzącym ludziom zdrowie i powodzenie materialne. Pod warunkiem, że wykażą się niezachwianą żadnymi wątpliwościami wiarą. Doszedł do przekonania, że kiedykolwiek zachoruje albo zabraknie mu środków do życia, to jako wierzący ma się z wiarą modlić, a Bóg z pewnością nie odmówi swemu dziecku, gdyż Bóg nigdy nie kłamie. Zawsze i niezmiennie przy końcu tej argumentacji dodawał:

- Ponieważ ludzie są niewierzący, dlatego proszą i nie otrzymują.

Podziwiałem jego wiarę i szczerze wstydziłem się swojej, bo gdy do mego domu przychodziła choroba, to modliliśmy się, i z ufnością oddawaliśmy nasze problemy zdrowotne w ręce lekarza, gdy moje skromne pastorskie wynagrodzenie nie wystarczało, aby zaspokoić potrzeby rodziny, szukałem dorywczej pracy. Mój znajomy ganił moją małowierność, i pragnąc wzbudzić we mnie większą wiarę, demonstracyjnie wkładał ręce na swoich domowników modląc się o ich zdrowie, po czym stwierdzał:

- Teraz nic im się stać nie może, żadna choroba, gdyż otacza ich protekcja Bożej obietnicy!

Gdy potrzebował pieniędzy modlił się, i z ufnością dziecka szedł do swego zboru oświadczając wszystkim, że Pan pragnie użyć kogoś z nich by wypełnić swoje obietnice, zaopatrując jego rodzinę w niezbędne środki materialne. W owym czasie autentycznie smuciłem się ze swego niedowiarstwa i szczerze prosiłem Pana o taką samą moc wiary, jaką przejawiał mój znajomy. Przemijały lata, a moja wiara w tym miejscu zawsze była dziwnie racjonalna.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie żona mego znajomego, prosząc o modlitwę, gdyż mąż jest bardzo chory. Tak chory, że musieli powrócić z misji zagranicznej, a teraz oczekują na operację. Poszedłem odwiedzić mego znajomego i wspólnie modlić się o jego uzdrowienie. Zastałem go załamanego, a cała jego wiara zawaliła się jak domek z kart. Przyznał się szczerze, że nie rozumie, dlaczego Bóg go zawiódł? Dodał jeszcze, że prosił Pana w poście i modlitwie, ale cudu nie ma, i z tego co widzi, musi złamać swoje zasady godząc się na operację. Gdy wróciłem do domu długo myślałem o tym całym zdarzeniu, szukając prawidłowego spojrzenia na tę całą sprawę. Postanowiłem rozpocząć od wyczyszczenia teologicznej podszewki, poprzez zdefiniowanie tego, czym na pewno wiara nie jest. Zadałem sobie pytanie; jakie są elementarne błędne pojęcia na temat wiary?
Pierwszym z nich będzie to, że często mieszamy wiarę z naszymi uczuciami; na przykład, niektórzy porównują wiarę z nieustającą religijną egzaltacją - byciem na tak zwanym religijnym haju. Kiedy ten stan uniesienia skończy się - jak to zazwyczaj bywa - zaczynamy się chwiać, popadać w wątpliwości i dopuszczać do siebie myśl, czy w ogóle mamy jeszcze jakąś wiarę? W tym miejscu pragnę zaznaczyć, niech nikt nie pomyśli, że sugeruję jakoby nie było żadnego połączenia pomiędzy wiarą i uczuciami. Oczywiście, że uczucia w pewnych momentach są połączone z wiarą, jednak wiele z nich ma tylko związek z naszym temperamentem. Wielu z nas nie posiada takich możliwości, aby zbyt wiele odczuwać, pomimo tego, że mamy wielkie przekonanie do zasadności takich uczuć.
Osobiście należę do osób, których emocje raz są w górze, raz w dole. Strawiłem lata, aby dojść do prostego wniosku, że to nie jest moja wahająca się wiara, lecz mój temperament. Właśnie z tego powodu mamy być ostrożni na temat tego, co czujemy, gdyż może to być bardzo zmienne. Wiara odnośnie Boga i życia, nie zawsze ma przynosić tylko emocjonalnie pozytywne uczucia. Następną błędną ideą jest przyjmowanie, że wiara nie może mieć najmniejszych wątpliwości. Jeden z tekstów Pisma Świętego pokazuje człowieka, który przychodzi do Jezusa ze swoim opętanym przez demona synem. Podchodzi do Chrystusa z nadzieją, że go uzdrowi. Jezus mówi do niego, że wszystko jest możliwe dla tego, co wierzy. Odpowiedź tego człowieka jest, co najmniej zaskakująca. Człowiek ten odpowiada:

- Panie ja wierzę, ale czy możesz dopomóc memu niedowiarstwu?

W tym miejscu wielokrotnie czuję się z tym człowiekiem dziwnie złączony, gdyż odkrywam, że mogę mieć wątpliwości nawet wówczas, kiedy wierzę. Podobnie było z Abrahamem, wierzył Bogu, ale w tym samym czasie miał także i wątpliwości. Osobiście myślę, że tam gdzie nie ma żadnych wątpliwości, to najprawdopodobniej nie ma także zdrowej wiary, ponieważ wątpliwości odgrywają w naszej wierze bardzo pozytywną rolę.
Zdaję sobie sprawę, że teraz multum rzuci się na mnie z krytyką. Przyznam się jednak, że po wielu latach mego chrześcijańskiego życia w wierze, gdy spotykam ludzi, którzy reprezentują tak zwaną mentalność "prawdziwych wierzących" - gdy podchodzą do mnie ze swoim szerokim uśmiechem niebiańskiego szczęścia i świecącymi rozgorączkowanymi oczami, w których jak na "bilbordach" wypisane jest wielkimi literami:

"Nie posiadam żadnych wątpliwości! Wszystko jest cudowne i wspaniałe! Alleluja!!"

Nogi się pode mną uginają i wtedy ogarniają mnie wątpliwości - czy ja i oni żyjemy na tej samej planecie? Przeraża mnie myśl co się z nimi stanie, kiedy im coś złego się przydarzy. Wówczas przypomina mi się ten mój znajomy, z niezachwianą wiarą, jak ciężko przeżywał to, że musi iść do szpitala i poddać się operacji. Cały czas w kółko powtarzał:

- Zostawcie mnie w spokoju! Modliłem się i na pewno Bóg mnie uzdrowi! Nie potrzebuję ani lekarza, ani operacji!

Ludzie w kościele na zmianę modlili się o jego uzdrowienie, a tu nic się nie działo. On jednak powtarzał z uporem maniaka:

- Zostanę uzdrowiony, dlatego bo wszyscy się o to z wiarą modlą.

Gdy jednak oczekiwane uzdrowienie nie nastąpiło i lekarz musiał przejąć sprawę w swoje ręce, ludzie ci, czuli się zdewastowani. Ich cała teologia była niefortunna i bezzasadna, gdyż nigdy nie była zakwestionowana przez wątpliwości, albo bardziej wnikliwe pytania. Wątpliwości z całą pewnością pozwoliłyby im rozwinąć bardziej odpowiedzialną i wyważoną wiarę, tak by mogli wierzyć Bogu nawet w obliczu koniecznej operacji, a nie tylko w obliczu uzdrowienia.
Utrzymuję, że wiara, która jest inspirowana przez przeciwności losu, mądre pytania, albo kontemplację, częściej jest mocniejsza w chwili, gdy znajdziemy się w tarapatach lub dochodzimy do końca naszej ziemskiej drogi. Dlatego uważam, że czasem wątpliwości odgrywają pozytywną rolę. Zdarza się, i to bardzo często, że mamy problem z intelektualnym przyjęciem niektórych prawd wiary, wówczas nasze wątpliwości powinniśmy wyjaśnić innymi dostępnymi nam sposobami, niż przyjmować je ze ślepą wiarą.
Gdy byłem ateistą miałem pewnego dnia ciekawą rozmowę z wierzącym człowiekiem. Zapytałem go z arogancją:

- Czy ty naprawdę wierzysz, że tam gdzieś jest Bóg, który zna mnie i dba o moje życie? - Odpowiedział z niezachwianą pewnością siebie:
- Tak! To jest właśnie tak jak ja wierzę.
- Ty naprawdę wierzysz w to, że Biblia jest słowem Boga? Że Jezus urodził się z dziewicy, a wszyscy umarli wyjdą z grobów? Ty nauczyciel uniwersytecki wierzysz w te bajki? - Odparł z lekkim uśmiechem pobłażliwości, ale nadal z niezachwianą wiarą.
- Tak jest! Właśnie tak wierzę.

Patrzyłem na niego z niedowierzaniem, wiedziałem, że jest młodym niezmiernie inteligentnym polonistą i poetą, dla którego miałem wprost bałwochwalczy podziw. Teraz jednak wybuchłem ze złością:

- W takim razie powiedz mi, dlaczego jest na tym świecie tylu biednych i nieszczęśliwych ludzi? Gdzie jest ten Bóg, w którego oni ślepo wierzą?

Patrzył na mnie spokojnym wzrokiem i ze szczerością małego dziecka odparł:

- Naprawdę nie wiem, jak mam ci na te pytania odpowiedzieć, ale wierzę, że jesteś myślącym człowiekiem i sam poszukasz na nie odpowiedzi, a gdy je znajdziesz, to z pewnością podzielisz się tym z innymi. Ja nie potrafię odpowiedzieć na te pytanie, gdyż sam szukam wielu odpowiedzi. Po za tym, myślę, że to nie jest twój prawdziwy problem. Pozwól, że zadam ci pytanie:

- Co stracisz jeśli pójdziesz za Jezusem? Zastanów się nad tym.

Rozmowa się skończyła, tak jak się zaczęła. Za kilka dni przyniósł mi tomik poezji Leśmiana, o którym od dłuższego czasu marzyłem. Wręczając mi go do ręki powiedział:

- Wiedziałem jak bardzo pragniesz tych poezji, miałem dwa takie same tomiki, więc pomyślałem, że sprawię ci przyjemność. Wpisałem także skromną dedykację. - Otworzyłem niecierpliwie i przeczytałem:

"Tylko kochać, by poznać co boskie w człowieku"

"życząc ci poznania Prawdy. J.S.".

Ten człowiek, jest dziś znanym księdzem, poetą i profesorem, ale w moich wspomnieniach pozostał tym, który zadał mi pytanie, na które sam musiałem znaleźć odpowiedź. Myślę, że nie zapomniał o mnie w swoich modlitwach, gdyż po kilku latach w splotach dziwnych okoliczności Bóg w osobie Jezusa Chrystusa znalazł miejsce w moim sercu i życiu.
Jakby echo tamtej dyskusji prowadzonej przed laty przypomina mi się rozmowa z pewnym człowiekiem, który twierdził, że pomimo wszelkich wysiłków nie jest w stanie uwierzyć. Stwierdził rozdrażniony:

- Być może panu jest łatwiej, w końcu jest pan pastorem. Mnie jednak te wszystkie dogmaty kościelne są nie do strawienia!

Zadałem mu zatem pytanie:

- Czy wierzysz, że Jezus jest prawdziwą postacią historyczną? - Popatrzył na mnie trochę rozbawiony.
- Ależ oczywiście!
- Czy jesteś w stanie udowodnić, że Jezus kłamał? - Zauważyłem, że jest zakłopotany, zamyślił się na moment poczym stanowczo odparł:
- Nie, z tego, co do tej pory wiem nie umiałbym wykazać, że Jezus kłamał. - A czy znasz jakiegoś człowieka, o którym mógłbyś powiedzieć, że nigdy nie skłamał. - Uśmiechnął się pod wąsem i odparł:
- Nie, nie znam nikogo takiego. - Schwyciłem jego dłoń i potrząsając ją, radośnie wykrzyknąłem:
- Moje gratulacje! Ty wierzysz w Jezusa! Teraz weź ten "Nowy Testament" i czytaj go, ucząc się z niego jak należy wierzyć Jezusowi, bo z całą pewnością jedno muszę stwierdzić, że w Jezusa to ty już wierzysz! Wierzyć to nie znaczy trawić dogmaty. Wierzyć to znaczy ufać Chrystusowi.

Jezus nie przyszedł na świat, aby skomplikować nasze życie dogmatami religijnymi. Dlatego wiara chrześcijańska nie jest wynikiem religijności czy religijnych predyspozycji. Jezus Chrystus nie nauczał religijnych ludzi, aby stali się jeszcze bardziej religijnymi. Przyszedł, aby znaleźć i zbawić grzeszników. Jeżeli więc ktoś twierdzi, że nie należy do ludzi religijnych to ma wszelkie szanse, aby stać się człowiekiem wierzącym. Jednak otaczają nas pewni ludzie, którzy mówią, że nie mogą wierzyć. W tym miejscu muszę stwierdzić, że powinni raczej powiedzieć:

- Ja nie chcę wierzyć.

Ponieważ nie chcą zapłacić ceny zerwania z grzechem. Nie mają najmniejszego zamiaru poddania się Chrystusowi. Zdają sobie sprawę, że w ich życiu jest wiele bałaganu, ale oni nie pragną jego sprzątnięcia. Wiara chrześcijańska jest wynikiem świadomego wyboru i musi ona przynieść efekt na nasze życie. A wielu tego nie chce.
Pamiętam pewnego człowieka, który po wielu godzinach wspólnego studiowania Ewangelii, stwierdził:

- Nie mogę tego przyjąć. - Patrzyłem na niego z niedowierzaniem.
- Dlaczego? - Zapytałem. - Zawahał się przez moment i mocno poczerwieniał na twarzy. Zaciekawiony naciskałem, aby powiedział mi gdzie tkwi jego problem. W końcu pośpiesznie odparł:
- Widzisz, ja mam biznes i gdybym przyjął Chrystusa, tak na serio, to musiałbym zamknąć mój biznes. A ja nie mogę tego zrobić, bo mam rodzinę i muszę to wszystko utrzymać.
- Czy możesz mi powiedzieć cóż to za biznes? - Ociągał się przez chwilę, aż w końcu wydukał:
- Handluję kradzionym towarem, i gdybym przyjął Chrystusa to musiałbym z tym skończyć.

Są trzy rodzaje sceptyków. Tacy, którzy chaotycznie połykając wiedzę utracili wiarę w Boga. Drudzy to są ci, którzy nie mają własnego zdania i powtarzają to, co usłyszą w telewizji lub przeczytają w gazecie. I trzeci rodzaj to ci, którzy mają obciążone sumienie i bałagan w swoim życiu i wolą, aby Boga nie było, gdyż wówczas musieliby z tego wszystkiego, co czynią zdać przed Nim sprawę. Dobrze, jeśli wątpliwości nie są zasłoną dymną, za którą pragniemy się skryć przed Bogiem ze swoimi grzechami. Jednak możemy spotkać chrześcijan, którzy pragnąc uniknąć wątpliwości, chwytają się dogmatów, rezygnując z wszelkich własnych pytań i dociekań. Ci ludzie nigdy nie wątpią, ponieważ nie myślą i nie zastanawiają się nad swoją wiarą, przyjmują bezkrytycznie cudze rozwiązania i odpowiedzi. Wielu z nich, niezależnie od przynależności wyznaniowej, nigdy nie wzięło Pisma Świętego do ręki. Całą swoją wiarę oparli na ustnym przekazie lub wyuczonych w dzieciństwie formułkach wiary. Gdy zetkną się z opiniami sprzecznymi od tych tradycyjnie przez siebie przyjętych, załamują się albo nie umiejąc się obronić, a uważając się za szczerych wierzących chrześcijan, fanatycznie wymierzają ciosy wokół siebie nie licząc się z rzeczywistością, stając się wówczas ciemnymi dewotami. To nie są ludzie wierzący, nazwałbym ich reprezentantami oficjalnej religii. Oni nie wątpią, ponieważ nie zdają sobie sprawy z faktu, że uznawanie prawd oficjalnych religii leży na innej płaszczyźnie niż żywa świadomie wybrana wiara. Właśnie z tego powodu nie można postawić znaku równości pomiędzy oficjalną religią a świadomą wiarą. Jeśli pozostaniemy w takim stanie to z pewnością grozi nam, że nadal będziemy nosili imię "Chrześcijanin", co znaczy, że: "mamy imię, że żyjemy, ale jesteśmy martwi" (Obj. 3:1)
Nie znam takiego chrześcijanina, który nie przechodziłby po przez gąszcz wątpliwości. Jednak każdy musi samodzielnie zadecydować czy pragnie wydostać się z tych chaszczy, czy też uwikłany w nich tak pozostanie. Do Boga można przyjść w stanie zwątpienia prosząc:

- Panie pomóż niedowiarstwu memu!

Chrystus nie oczekuje na zdrowych, ale na chorych, którzy szukają Go jako lekarza ich duszy, dlatego musimy przyjść do Niego w takim stanie, w jakim jesteśmy - wątpiący, a nawet zupełnie niewierzący. Ja przyszedłem przed Jego oblicze jako ateista, dziś jestem Jego sługą. Dlatego jeśli masz wątpliwości to wiedz, że jest to przejaw dociekliwości twego umysłu, naturalnego rozwoju intelektualnego, a nie grzechu. Jednak, aby zerwać z wątpliwościami i powrócić do pewności wiary musimy zapłacić swoistą cenę. Powinniśmy zmienić nasze życie. A tego wielu nie chce. Zdajemy sobie sprawę z tego, że coś w naszym życiu nie jest w porządku i wówczas nasuwają się zastrzeżenia pod adresem Boga i wiary w Niego.
Ktoś, kto mówi:

- Nie mogę uwierzyć! To wszystko nie jest na moją głowę!

Musi sobie uczciwie zadać pytanie:

- Co w moim życiu jest nie w porządku?

Tylko ten może dojść do pewności swojej wiary, kto grzech nazwie grzechem, a nie, wrodzoną słabością. Kto kłamstwo nie nazwie wygodną umiejętnością, albo niewinnym żartem. Gdy zdecydowanie zerwiemy z grzechem, przekonamy się, że wszystkie wątpliwości rozwieją się jak mgła. Chrześcijanin ma prawo do posiadania wątpliwości, ale nie mogą one trwać w nieskończoność, muszą być stanem przejściowym, z którego pragnie się uwolnić. Jeśli ktoś nie ma siły, aby wydostać się z paraliżującego go sceptycyzmu, powinien z całą desperacją pchnąć drzwi modlitwy, nie usprawiedliwiając się brakiem wiary. Moja rada jest tylko jedna:
- Dopóki nie zaczniesz modlić się, nie będziesz w stanie przezwyciężyć swoich wątpliwości i uwierzyć.
Prorok Izajasz mówi:

- Szukajcie Pana, dopóki można Go znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko (55:6).

Natomiast Bóg zwracając się do proroka Jeremiasza, zapewnia:

- Gdy będziecie Mnie wzywać i przyjdziecie, aby zanosić do Mnie modły, wysłucham was. (29:12)

Dlatego zachęcam każdego wątpiącego, aby skorzystał z tej Bożej oferty i bez żenady przyjął fakt, że wątpliwości także towarzyszą w życiu człowieka wierzącego, i mogą występować jako stan przejściowy, ale gdy zamienią się w trwałe zwątpienie, wówczas musimy potraktować to jako chorobę, która może zakończyć się nawet duchową śmiercią.


dnia 31.10.2006 20:40 1863 czytań · Drukuj


Mp3 Player




Czy Polacy są tolerancyjni wobec innych wyznań

Tak

Nie

Nie mam zdania





Copyright Radmin© czerwiec 2006
Główna  Czytelnia  Biblia  Poezja  Zasady wiary  Dekalog  Słownik  Współpraca  Polityka prywatności  Kontakt

Prosimy o przestrzeganie praw autorskich. Przedruki dozwolone wyłącznie po uzyskaniu zgody Ewangelista.pl
Przedstawione materiały są zgodne z zasadami naszej wiary, nie jest to jednak jednoznaczne z pełnym poparciem prywatnych postaw i zasad wiary
poszczególnych autorów oraz prezentowanych przez nich poglądów.

PHP-Fusion PL

4,729,201 unikalnych wizyt od czerwca 2006

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.


Treść reklam nie zawsze pokrywa się z poglądami Redakcji.